niedziela, 23 grudnia 2018

Rozdział 259: Katarakty

ROZDZIAŁ 259

     Przód jego głowy zgodnie eksplodował bólem, otwarty na oścież zardzewiałym skalpelem świata rzeczywistego. Było to uczucie porównywalne z mrowiskiem pozostawionym pod skórą przez jakiegoś zachłyśniętego swym intelektem psychopaty. W taki sam sposób, w jaki mieszkańcy tego mrowiska rozbiegali się na wszystkie strony w poszukiwaniu pokarmu, jego mięśnie i ścięgna zdawały się usilnie rozciągać jednocześnie w każdym kierunku. A był to przecież tylko wierzchołek góry lodowej, której rozmiarów nie umiał w tej chwili zmierzyć wzrokiem, czy choćby nawet pojąć. Atak bólu skutecznie odciął go od rozsądku i logiki.
     Trzasnął się pięścią w szczękę. Odruchowo, zgodnie z nieznającym sprzeciwu głosem swojego instynktu. Było to w jego naturze, by napierać ze wszystkich sił na obity palec i sprawdzać granice bezbolesnego manewrowania. Teraz również w pewien sposób pomogło mu to odzyskać rozum. Ryk wyrwał się z przestrzeni między jego wargami. Dopomógł mu, wyciągając z płuc tyle, na ile było go stać, żeby okrzyk bólu zamienić w pełen determinacji manifest przetrwania.
     Światło padło na jego twarz. Może w tej właśnie chwili, może padało już od dłuższego czasu, ale Tatsuya zauważył je dopiero teraz. Przypływ bodźców zewnętrznych przywołał mgliste wspomnienia ostatnich kilkunastu przebudzeń. Morze ognia nie trawiło teraz ciała młodego czempiona. Był zatem na jawie i to się zgadzało z potarmoszoną taśmą filmową w jego głowie.
     Zastrzygł uszami i poruszył nosem. Niebezboleśnie. Nic nie było dla niego bezbolesne. Nie w tej rzeczywistości. Obrócił powierzchnie obu dłoni ku górze, zdmuchując z siebie pierzynę za pomocą małej fali uderzeniowej. Zafalowała połatana szata starego namiotu, w którym przebywał. Oszczędnym ruchem karku Tatsuya spojrzał pod kątem na swój tors i nogi. Instynktownie, korzystając z oblekających jego mechanizmy decyzyjne wspomnień.
     – Jest lepiej, niż było – pomyślał chłopak, delikatnie napinając mięśnie na klatce piersiowej. Napięcie załamało się błyskawicznie, ale heterochromik nie doczekał się żadnego chrupnięcia ani przesunięcia się kości. – Moje ciało jest strasznie słabe. Nie jestem pewien, czy bez pomocy energii duchowej byłbym w stanie się podnieść. Co mi się stało? Gdzie i z kim jestem? Pamiętam czyjąś sylwetkę będącą ze mną w tym właśnie namiocie, ale nie mam pojęcia, do kogo ona należała. Co się... – przerwał rozważania, gdy tylko podparł się łokciem o ziemię. Na moment, na jedną tylko chwilę z konieczności pochylił głowę, skręcając boki. To wystarczyło. Jakby otwarte pudełko z puzzlami, które spokojnie leżało sobie na półce nagle ktoś nonszalancko przechylił. Tatsuya kompletnie stracił kontrolę nad swoim ciałem. Łokieć załamał się, czoło uderzyło o ziemię, a całe ciało chłopaka przewróciło się na brzuch.
     Z otwartymi szeroko oczami i rozstrzelonymi w szoku wargami obserwował piach w odległości centymetra od jego powiek. Czaszka przy tak nieznacznym nachyleniu zamieniła się nagle w bęben maszyny losującej, a mózg zdawał się podróżować po niej na boki, obijając się o ściany i usiłując wypaść przez zwolnioną blokadę – nosem na przykład. Na szczęście Tatsuya tylko zwymiotował, tworząc sobie wilgotną poduszkę pod obolałą twarzą. Cuchnąca kałuża zabulgotała, gdy chłopak gwałtownie wyrzucił przez nozdrza powietrze.
     Poderwał się prędko obrzydzony, ale ręce i nogi kompletnie mu się rozjeżdżały. Jedna dłoń objechała materac szerokim łukiem, ściągając go na lewo, a druga po prostu zadrgała i opadła, jak postrzelona przez snajpera. Tatsuya zdołał tylko wyrzucić tym dziwnym zabiegiem nogi spod kołdry i pomoczyć je w brei, teraz przypominającej trochę kaszkę mannę... po śmierci.
     – Co do kurwy... – mruknął po swojemu chłopak. Wtedy też dopiero dojrzał padający na niego cień, z dwóch stron obleczony jasnością, trzymającą się go, niczym jakaś uroczysta szata. Sylwetkę poznał od razu. Cały na biało, przypominający skrzyżowanie narciarza z komandosem, z podszytym futrem kapturem i maską przeciwgazową. Instynkt i jakaś drobna, wybrakowana kopia pamięci mięśniowej poderwały Tatsuyę do góry. Chłopak przetoczył się po ziemi na brzuch, twarzą obracając się w stronę gościa... lub gospodarza.
     – Ani się waż – zawarczał czempion. – Ani się, kurwa, waż! – pamiętał każdy nokaut. Każde natychmiastowo zerwane połączenie ciała z umysłem. Tak momentalne, tak zdecydowane, tak silne, a jednak paradoksalnie tak słabe, by nie zrobić mu krzywdy. Tatsuya zacisnął z bólem szczęki, czując szybciej płynącą krew pod swoją skórą. Adrenalina minimalnie wzmocniła ciało, ból sam w sobie otrzeźwiał tkanki. Energia duchowa zaczęła półświadomie rozlewać się po pękniętych kościach, ściskając je mocno, by pozostały na swoim miejscu.
     – Już byłbyś martwy, gdyby taka była moja wola, wiesz o tym – odezwała się postać, ale jej głos był zbyt zniekształcony przez maskę, by ustalić cokolwiek, począwszy od płci, przez wiek, a skończywszy na narodowości. – Pomyśl o tym i postaraj się nie ruszać, bo inaczej znowu cię uśpię. Jesteś tak wybuchowy, że sam się zabijesz, jeśli pozwolę ci robić, co chcesz.
     – Ooooooch, nie tak powinieneś ze mną rozmawiać, jeśli chcesz pokazać, że jesteś po mojej stronie, ty przemądrzały kutasie – odparł z pewnym siebie, aroganckim uśmiechem Tatsuya, by zamaskować kąciki jego oczu, gorączkowo i niemal rozpaczliwie poszukujące drogi ucieczki. Nie było to w jego naturze, by robić coś – nawet jeżeli wydawało się to logiczne – gdy radził mu to ktoś, komu za nic w świecie nie ufał.
     – Okej, wystarczy – usłyszał chłopak i momentalnie podniosły się włosy na jego karku. Uniósł brzuch i klatkę piersiową na palcach wszystkich kończyn, jak dzikie zwierzę szykujące się do susa, ale gdy spojrzał na oblicze wroga, ujrzał rozłożone na boki łokcie i uniesione w górę przedramiona. Otwarte, puste dłonie wprawiły go w konsternację.
     – Słyszysz? Poddaję się. Za trzy sekundy wykonam parę kroków w tył, wyjdę z namiotu i rozłożę szerzej wejście. Zastanów się na spokojnie i jeśli zdecydujesz, że chcesz wyjść, wyjdź – poinformował Tatsuyę nieznajomy. W istocie, po chwili milczenia powoli podniósł jedną nogę, cofnął ją za siebie i dołączył do niej drugą. Nie opuścił rąk, dopóki nie obrócił się powoli ku płatom zasłaniającym część wyjścia. Wtedy dopiero szalenie wolno zbliżył doń dłonie i zaczął bez żadnych gwałtownych ruchów rozsuwać je na boki.
     – Hę? Co? – pomyślał z konsternacją heterochromik, opadając na kolana. Adrenalina zaczęła wyparowywać i ponownie odezwał się w nim ból, ale nastolatek zaczął się już do niego przyzwyczajać. Jego ręka odruchowo powędrowała w stronę klatki piersiowej, jakby starała się powstrzymać przechylony regał przed rozsypaniem po podłodze książek.
     – Ma rację – dotarło do niego. – Zabiłby mnie już setki razy, gdyby chciał to zrobić, a zostałem opatrzony i nakarmiony. Na sto procent widziałem coś jakby owsiankę w moich rzygach. Tylko kto to jest? Dlaczego mnie uratował? Gdzie ja w ogóle jestem? – zaczął zadawać pytania, gdy klapki uniosły się sprzed jego oczu. W tym samym czasie odziany na biało jegomość wpuścił do namiotu tyle światła, ile potrafił i siadł przy dogasającym ognisku na wielkim, omszałym kamieniu, do Tatsuyi obrócony bokiem.
     – Wygrałem – uświadomił sobie chłopak, chwytając lewą dłonią tykę, na której wsparto namiot i przyciągając się do niej. Dopiero przy jej pomocy zdołał wstać. Czuł się, jak na rauszu. Nie potrafił opanować swoistego zagubienia kwitnącego na jego twarzy. Ślamazarnie doczłapał na zewnątrz, gdzie wzbijające się na szczyt nieba słońce powitało go oficjalnie swym niezmierzonym blaskiem. Szalony widok malował się przed różnokolorowymi oczami.
     – Pokonałem Ichiro. Własnoręcznie, jednym ciosem. Zabiłem go – pomyślał Tatsuya, otwierając lekko usta. Nie dostrzegł rzuconego w niego ukradkiem spojrzenia skrytego za szkiełkami gogli. Widział bowiem tylko obrazy wewnątrz własnej głowy. Słyszał tylko szczęk łańcuchów i rozwieranego metalu ociężałych, rdzawych wrót. Czuł tylko smród krwi i potu, odór starzyzny, nieświeżego powietrza w zapomnianych piwnicach świata.
     – Nareszcie. – Przed oczami przeleciała mu sylwetka stojącego nad jego skulonym, obitym ciałem wojskowego. Rok za rokiem, czasami co kilka miesięcy, raz nawet dwukrotnie jednego dnia – zmieniały się tylko wiek i gabaryty chłopaka, ale nigdy perspektywa. Zawsze patrzył z dołu, z kolan, z brudnej, często mokrej od krwi ziemi. Zawsze z desperacją, wściekłością, nienawiścią, zazdrością, bólem, żalem... a czasem lękiem.
     Nabrał powietrza w płuca, wypełnił je po same brzegi pomimo kłującego bólu w klatce piersiowej. Zatrzęsły się i napięły łańcuchy, obejmujące go w ciasnym, nachalnym uścisku wewnątrz żelaznej dziewicy, w której lata temu sam się zamknął.
     – Nie żyje. Naprawdę nie żyje... – Zamknął oczy i w najdłuższym wydechu swojego życia wypuścił z siebie całe uwięzione powietrze. I poczuł to. Poczuł, jak łańcuchy pękają, kilogramami odklejając się od niegdyś spętanego ciała, z żałosnym piskiem lądując gdzieś w mroku. Na boku, od strony prawej skroni trzasnęły zawiasy. Ich krótką drogę na dno ledwo zdołał objąć wzrokiem. Potem zaś... zasłona opadła. Cały przód metalowej trumny, w której umierał przez niemal całe swoje życie nagle runął, niczym opadający przed jego stopami most ku nowemu życiu.
     – Jestem wolny – powiedział w eter. Jego wybawca spojrzał na niego bez zrozumienia, ale szybko pojął, że słowa te nie są kierowane do niego. Z szacunkiem odwrócił wzrok, pozwalając nastolatkowi nacieszyć się światłem. Małe strużki łez bezwiednie spłynęły po policzkach Tatsuyi, przez chwilę wahając się na krawędziach jego szczęki, nim ostatecznie oderwały się i opadły w ciemność, dołączając do łańcuchów i zawiasów.
     Nigdy jeszcze nie był tak szczęśliwy z tak wielu tak małych rzeczy, jak w tym jednym momencie, gdy spoglądał w upstrzone chmurami niebo, a lekkie podmuchy wiatru delikatnie poruszały jego nastroszonymi włosami. Był tak bardzo skupiony pochłanianiem maleńkich szczegółów krajobrazu, że niemal zignorował ogrom wysokiej, głębokiej czerni na horyzoncie. Wysoki na przynajmniej sto metrów Mur wznosił się w przestworza jakiś kilometr dalej, niczym gruba linia tuszu oddzielająca niebo i ziemię.

***

     Podniósł się, opierając ciężar na przylegających do pościeli rękach. Pot wpływał mu po policzkach i plecach, mocząc długie, czarne włosy Chińczyka. Podrygiwał cały w z wolna gasnącej ekstazie, uspokajając swój oddech i bawiące się pod jego żebrami w sprintera serce. Oderwał lędźwie od dyszącego głośno chłopaka, który teraz opierał twarz na fioletowej, brzydkiej poduszce. Przez chwilę złączyły się ich spojrzenia i chwila ta wystarczyła, by Zhangiem coś wstrząsnęło od środka. Gwałtownie odbił się rękoma od materaca i zrzucił nogi na podłogę.
     – Przepraszam! Zrobiłem coś nie tak? – zapytał młodzieniec, który zasadniczo mógłby być jego synem, a wziąwszy pod uwagę żywotność Madnessów nawet prawnukiem. Miał smukłą, trochę zniewieściałą sylwetkę i płowe, gęste włosy, które opadały mu na jedno oko oraz połowę twarzy. Tao spojrzał na niego z mieszanką politowania i poczucia winy.
     – Nic. Nie twoja wina. Idź pod prysznic, David – powiedział mu, zarzucając na siebie czerwony szlafrok i przekraczając drzwi balkonowe, z przeszklonej komody zgarnąwszy elektronicznego papierosa. Jeszcze tego brakowało, by zniszczył sobie płuca prawdziwymi. Nie patrzył już na niego, ale słyszał, jak David posłusznie, choć z pewną dozą niezrozumienia zsuwa się na podłogę i delikatnie drepcze do łazienki.
     – Nisko upadłeś, Tao – zadrwił z siebie Naczelnik, wypuszczając z ust chmurkę dymu. Jego mózg dalej jeszcze pływał, ale mężczyzna stanowczo zbyt szybko zaczął zmierzać ku ziemi, przytomniejąc niemal od razu. Wszystko przez to spojrzenie, którego nie chciał widzieć. Lata temu naplułby samemu sobie w twarz za korzystanie z usług męskich dziwek, ale teraz było inaczej. Teraz wszystko było inaczej, a on – mimo swojej nieosiągalnej dla śmiertelnika potęgi – pozostawał jedynie człowiekiem. Znacznie słabszym psychicznie, niż spodziewał się jeszcze jakiś czas temu i niewiele silniejszym, niż za życia.
     – Historia kołem się toczy – pomyślał, puszczając kolejnego bucha. Stres trawił jego ciała, jak kolonia mrówek ognistych, bezlitośnie obgryzających wszystkie członki do nagiej kości. Nie spał od pięćdziesięciu czterech godzin i czuł, że powoli dogania go granica jego możliwości. Na domiar złego widział na własne oczy, jak sytuacja w mieście wymyka się spod jego kontroli, a ciała Wampirzycy nadal nie odnaleziono.
     – Żyje. Nie mam pięciu lat – stwierdził. – Kto by uwierzył, że ciało tak potężnego Madnessa mogłoby rozpaść się w ciągu paru godzin? Nawet paru dni? Ona gdzieś tam jest. Schowała się i zbiera siły albo uciekła z miasta i będzie grasować gdzieś indziej. Gdybym mógł chociaż wykluczyć którąś z tych opcji... – Za plecami, z wnętrza zamkniętej łazienki dobiegł go odgłos puszczanej w kabinie prysznicowej wody. Mógł się zrelaksować do pewnego stopnia. Czuł się bardzo nieswojo, kiedy po zakończeniu "pracy" żigolak zostawał na miejscu, nie wiedząc, co ma zrobić. Miał dość idealistyczne podejście do tego typu spraw i sama idea płacenia za seks sprawiała, że chciało mu się wymiotować. O ile prostytucja była w Morriden prawnie sankcjonowana, o tyle Zhang uważał ten rodzaj biznesu za gorszący.
     – Być może David nie miał innego wyjścia. Sytuacja w kraju nie jest zbyt wesoła, a podróże nie należą do szczególnie tanich ani bezpiecznych. Może korzystam po prostu na cudzym nieszczęściu? Może w głębi duszy nienawidzą każdej sekundy, którą muszą spędzić w moim towarzystwie? Może nienawidzą MNIE? – Całkowicie oderwał się od rozważań związanych z pracą. Temat był po prostu zbyt bliski jego sercu. Ilekroć Naczelnik zamawiał usługę, jego partner musiał stronić od pokazywania mu swojej twarzy. Tao był w stanie uprawiać seks tylko z kimś, na komu naprawdę mu zależało... albo bezosobowo. Idealistyczne podejście.
     – To brzmi tak żałośnie, że aż chce mi się śmiać – pomyślał z obrzydzeniem wobec samego siebie. Rzucił elektryka na parapet i odgarnął poklejone kosmyki włosów sprzed oczu. Było jeszcze wczesne popołudnie i zdawał sobie sprawę, że powinien czym prędzej wrócić do pracy. Zbyt wiele się działo. Zbyt wiele miał na głowie. Szczęśliwie nowy Gubernator wziął w swoje ręce sprawy czysto społeczne, a także – nieproszony – sprawy związane ze śledztwem.
     – Mam tego tak serdecznie dosyć... – stwierdził w duchu i z rezygnacją poszedł się ubierać. Modlił się tylko, by Naizo spełnił kierowane w jego stronę oczekiwania, a Jean jakimś cudem przyszedł do pracy względnie przytomny.
***

     – Chyba żartujesz, ty stary pedale – wyrwało mu się z ust, bo tego całego mistycyzmu, duchowości oraz głębi zdzierżyć nie potrafił. Każde słowo Mędrca wywoływało w nim nieskończoną furię, którą z trudem udawało mu się zamknąć w środku. Teraz jednak gniewnie złapał starca za szatę i przyciągnął jego twarz do swojej. Wciąż siedzieli na wielkim liściu pływającym po sadzawce na środku pokoju medytacyjnego. Teraz jednak woda wzburzyła się i zaczęła rozlatywać na wszystkie strony za sprawą czerwonej energii duchowej.
     – Nie zdołam ci pomóc, jeśli nie będziesz słuchać – odpowiedział spokojnie Hideyasu. Dawno zapomniał już, co oznaczały stres i frustracja. Teraz jedynie rozpoznawał je w swoich rozmówcach. W Wilkołaku zaś obu tych emocji było więcej, niż w jakiejkolwiek żywej istocie, którą przyszło Mędrcowi spotkać. Wolna ręka Carvera widocznie drżała. Generał powstrzymywał się ostatkami sił przed wbiciem potężniejszych od najostrzejszej klingi palców między jelita staruszka. Grymas na twarzy Bruce'a nie należał do człowieka.
     Wilkołak wyszczerzył kły, marszcząc jeszcze bardziej swoje brwi i nos. W czerwonych oczach kotłowała się żądza mordu, ale ostatecznie uścisk dłoni zelżał, a Hideyasu opadł na powierzchnię ogromnej lilii wodnej. Złowieszczy ryk wypełnił komnatę, wzburzając wodę, jak nagłe uderzenie sztormu. Czerwona energia wybuchła wokół ciała Carvera, rozrywając szeroki liść na strzępy. Generał wylądował w wodzie, podczas gdy Mędrzec jedynie klęknął na jej tafli, podtrzymywany przez swoją własną aurę.
     – Widzisz? Całkiem brak ci kontroli, synu. Jesteś nadal rozregulowany po tym, co stało się w Miracle City. Powinieneś położyć się i odpocząć, zanim zrobisz krzywdę sobie lub innym – poinstruował Carvera Hideyasu. – A może chcesz, by ktoś jeszcze skończył tak, jak Lilith? – zapytał starzec i na moment stężałe oblicze Wilkołaka złagodniało i rozmyło się, jakby jego właściciel przypomniał sobie właśnie, dlaczego w ogóle zaczął szukać pomocy.
     – "Następnym razem zabijesz ją bez wahania" – usłyszał w głowie Bruce i zobaczył przekrwiony bandaż zakrywający ogromną ranę w korpusie Lilith. Serce załomotało mu w piersi, ale z zewnątrz przypominał bardziej zagonione w kozi róg dzikie zwierzę, niż skruszonego przełożonego. Tym niemniej jednak pędząca szaleńczo przez żyły krew zaczęła się powoli uspokajać. Nawet szkarłatny wulkan wniknął na powrót pod skórę, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Woda w sadzawce zawtórowała, uspokajając się.
     – Co mam zrobić? – zapytał Carver, spoglądając w swoje odbicie w tafli. Z jakiegoś powodu wydawało mu się ono niecodziennie krwiożercze. Z jakiegoś powodu się tym przejmował. Odkąd ocknął się po walce z Rycerzami, kompletnie nie panował nad tyglem myśli gnieżdżących się pod powierzchnią jego czaszki. A wszystko przez Sala...
     – Obawiam się, że twój stan jest zbyt poważny, bym potrafił ci pomóc w sensie dosłownym. Być może jeśli byłbyś w stanie pozostać wśród nas przez najbliższe lata, spowolnilibyśmy proces, ale obecnie... obecnie nie mogę dać ci żadnych gwarancji. Chyba że jesteś skłonny zastanowić się nad moją poprzednią propozycją... – zwrócił się do Wilkołaka Otori, którego długachne wąsy sięgały do samej wody, mocząc się w niej beztrosko.
     – Nie ma innej opcji? – mruknął Bruce z niedowierzaniem właściwym nieposłusznemu dziecku, które właśnie postawiono przed konsekwencjami jego czynów po raz pierwszy w życiu. Nie to spodziewał się usłyszeć od Mędrca. – Nie zgadzam się. Kurwa, nie kpij sobie ze mnie! Po to tu jesteście, żeby pomagać! – wybuchnął ponownie, uderzając pięścią o powierzchnię oczka wodnego. Ciesz poszybowała nawet na kilka metrów w powietrze.
     – I pomagamy. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy i daliśmy ci kilka wyjść. Może Ryuuhei byłby w stanie doprowadzić twoją dusze do porządku, ale...
     – DOSYĆ! – uciszył starca Wilkołak, a jego ryk zatrząsł całą komnatą, strząsając tynk z sufitu. Czerwona poświata powołała do życia nieustannie rozszerzające się kręgi na wodzie wokół mężczyzny. Generał zakrywał twarz dłonią, ściskając ją palcami tak mocno, jakby chciał zmiażdżyć sobie czaszkę. Był w kropce. Kompletnie nie wiedział już, co chce, co może, a co powinien zrobić i nieprzerwanie pulsująca w nim furia utrudniała logiczne myślenie.
     – Pierdolę to – zdecydował ostatecznie na wpół martwym, na wpół wściekłym głosem. – Sram na taką pomoc, dziadu. Pomogę sobie sam – stwierdził, wyskakując z sadzawki na posadzkę. Płytki popękały pod naporem jego mocy duchowej. Hideyasu zmrużył tylko oczy i skłonił głowę w jego stronę na znak szacunku dla dokonanego wyboru. To wściekło Carvera jeszcze mocniej, ale nie wystarczająco, by zareagował.
     – Mam nadzieję, że pewnego dnia uda ci się odnaleźć spokój – powiedział Otori, kiedy Wilkołak sięgał już dłonią po klamkę ogromnych drzwi. Chwilę później te same drzwi wypadły z zawiasów po jednym kopnięciu mężczyzny, jakby wykonano je ze styropianu. Odłamki ściany posypały się po głowie i plecach Bruce'a, jak popiół. Mówiono potem, że poszedł na północ.

***

     Zanurkowała ponownie pod powierzchnię wody, zamykając powieki i pozwalając cieszy objąć ją ze wszystkich stron. Włosy w kolorze bladego różu pod taflą przypominały dużą plamę atramentu przyczepioną do skóry jej głowy. Wysunięte naprzód, złączone wnętrzami dłoni ręce pomogły Alice przebić się do samego dna. Otworzywszy oczy, dostrzegła różnokolorowe, przepiękne mozaiki, pokrywające cały spód basenu i przedstawiające zapierającą dech w piersiach różnorodność podwodnych istot. Tyle razy widziała już ten widok, a jednak zawsze z pewnego powodu wydawał się jej nowy. Było tak za sprawą nimf – jedenastu zielonkawych kobiet z włosami przypominającymi wodorosty, które sprytnie ukryto w losowych miejscach.
     W ostatnim czasie stały się dla niej odpowiednikami trzech górskich szczytów, do których w chwilach mentalnej słabości zwracała się po imionach. One były jednak nieuchwytne, odległe, irytująco od niej oddzielone twardą szybą i tysiącami metrów. Nimfy takich problemów nie robiły. Opuszki palców – już nie tak gładkich, jak przed porwaniem przez Lożę – musnęły wodorosty na głowie jednej ze zjawiskowych istot.
     Pochłaniała te chwile – te pod wodą, z dala od dźwięku i pozostawionych nad taflą problemów. Pożerała je zachłannie, zazdroszcząc niemym, wypukłym wizerunkom ich beztroski. Chciała zostać z nimi... a przynajmniej jakaś dziecinna, niewinna część jej osoby tego chciała. Każda wyuczona i wypracowana sekunda wstrzymywanego oddechu była jej skarbem. Podobnie jak te blizny po nieudolnych próbach obierania ziemniaków.
     – Nie chcę wracać – powiedziała wreszcie w duchu. Tym razem nie zapomniała. Parę razy zdarzyło jej się już odezwać do nimf lub samej siebie i nigdy nie kończyło się to dobrze. Wiedziała jednak, że któryś z tamtych dwóch ostatecznie rzuciłby się jej na pomoc. Takie mieli zadanie. To musieli robić. Ona z kolei nadal uczyła się to wykorzystywać.
     – Nie tak długo następnym razem, jeśli łaska – usłyszała, gdy tylko wynurzyła głowę z odmętów, zarzucając sklejonymi włosami, niby wdrapująca się na krawędź rybackiej łodzi syrena. Pokręciła energicznie głową, ignorując tę uwagę. Nie lubiła jego głosu. Wolała się skupić na wydobywaniu wody zalegającej w uszach. Z milczeniem podpłynęła do krawędzi basenu od strony, od której nie było drabinki – umyślnie. Postawiła rękę na sztorc, nie racząc mężczyzny nawet pojedynczym spojrzeniem. Czekała.
     – Co? – rzucił w końcu... nie zapytała go nawet o imię.
     – Wciągnij mnie.
     – Tam masz drabinkę i ręcznik – zaoponował bezimienny, wskazując ręką na przeciwległy bok basenu. Dziewczyna uśmiechnęła się blado, bo właśnie na to liczyła. Bez ostrzeżenia odchyliła się do tyłu na tyle, na ile mogła to zrobić bez gruntu pod nogami... i zamachnęła się czołem w stronę krawędzi. Nie wiedziała nawet, czemu to robi, ale zanim zdążyła poznać konsekwencje tegoż czynu, dwie dłonie mocno złapały ją za ramiona i wyszarpnęły z wodnych objęć. Jedynie kosmyki jej włosów zdążyły zetknąć się z kafelkami.
     – Oszalałaś?! – podniósł głos mężczyzna z lewym przedziałkiem na popielatych włosach. Wytatuowana tarcza zegara z rzymskimi cyframi zdobiła przeszło czterdziestoletnie, szorstkie lico Edwarda Wildera. Patrzył na nią z dezaprobatą, niczym rodzic lustrujący wzrokiem swoje dziecko, które nabroiło i powinno o tym wiedzieć.
     – Nie rozumiem, co masz na myśli – odparła Alice, pierwszy raz spoglądając mu w oczy. Nie lękała się jego marsowej miny, widziała już gorsze rzeczy, a on nic nie mógł jej zrobić. Impertynencko pstryknęła dwoma palcami, wskazując wymownie na podłogę. Mężczyzna nie dał się jednak wyprowadzić z równowagi, choć woda ściekała mu po ramionach, kapiąc również na tors i stopy. Przezornie zdejmował buty, ilekroć rozkapryszone dziewuszysko nabierało ochoty na kąpiel w stumetrowej wannie.
     – Mogłaś się zabić!
     – Nie mogłam. Po to tu jesteś, nie? – odbiła piłeczkę prosto w jego twarz. Bezimienny w absolutnej ciszy postawił ją na ziemi.
     – Ciekawe, co by mi zrobił, gdyby mógł zrobić cokolwiek – pomyślała Alice, gdy jej "sługa" bez słowa poszedł wzdłuż basenu po rzucony na podłogę ręcznik. Nie lubiła go – sposobu, w jaki mówił, tonu głosu, grymasu na twarzy, wiecznej aury opanowania, jaką wokół siebie roztaczał. Zdawał się jej chyba mało ludzki, mało barwny, stanowczo zbyt oddany... temu, do czego sobie dążył. Jego cele się dla niej nie liczyły.
     – Wyrywają mnie sobie z rąk, jak jakąś szmacianą lalę – zadumała się nagle. W jej głowie zapanowała duszna, ciasna pustka. Wyrwała ręcznik z rąk mężczyzny. Nie pozwoliłaby mu się dotknąć. Nie teraz i nie w tym celu. Nerwowo zaczęła się wycierać i nerwowość ta na pewno nie umknęła uwadze stróża, lecz tamten rzadko kiedy się odzywał, gdy nie musiał krytykować wszystkiego, co robi dziewczyna.
     Wieczorem mężczyźni zamienili się, przekazując między sobą pieczę nad Alice. Gdy zdołała wreszcie zasnąć przed czwartą nad ranem, śniła o gigancie. O gigancie tak wielkim i potężnym, że na swoich plecach nosił cały kraj, przemierzając glob wzdłuż równika przez eony. Rano nic z tego nie pamiętała. Jak zwykle, gdy śniła.

***

     Patrzyła tępo w sufit, rozłożona na kanapie. Na talerzu oddalonym od niej o pół metra stygły przepołowione zapiekane papryczki z farszem w środku. Całkiem zapomniała, że w ogóle je zrobiła, a zrobiła je nie z rozsądku, czy głodu, lecz celem skupienia na czymś całej swojej uwagi. Czuła się pusta, choć trzymała dłoń na brzuchu i wiedziała, że gdzieś tam coś jest. Póki jednak nie mogła zauważyć żadnej zmiany w kształcie swojego ciała ani choćby bicia maleńkiego serca, rosnące w niej życie zdawało się być swoistą fikcją. 
     Rzeczywistość z drugiej strony była nad wyraz depresyjna, a Cassandra nie miała nawet z kim się nią podzielić. Być może dlatego starała się od niej uciec, wydmuchując z ust chmurkę dymu. Nie paliła marihuany od lat. Ostatni raz... chyba w Alicante. Jointy pomagały uśmierzyć ból, a bywały takie momenty, że wprost nie umiała sobie z nim poradzić. Ten jeden, ostatni dostała kiedyś od Chinedu, ale konopie źle jej się kojarzyły, więc rzuciła go gdzieś między ubrania. Przypadkiem natrafiła na niego akurat teraz, gdy naprawdę go potrzebowała.
     Myślała najpierw, że może haj wywoła u niej jakiś magiczny przypływ apetytu, bo jednak musiała coś jeść, by urodzić zdrowe dziecko, ale miękkie narkotyki przestały chyba na nią działać. Popadła bowiem w jakaś nostalgiczną melancholię, odbijając się na maleńkiej łódeczce od skał symbolizujących jej pojedyncze wspomnienia. 
     Od pierwszego razu, gdy pozwoliła coś sobie zrobić za pieniądze, nie wiedząc jeszcze nawet, co to jest "seks" do spoglądania kątem zasłoniętego dłońmi oka na pierwszą amatorską walkę brata. Od wprawiającego ją w konwulsję, paskudnego smaku nasienia w ustach do tego momentu, gdy poznała swoją pierwszą miłość. Od wieczoru, w którym przeżyła załamanie nerwowe w "La Cicadzie", krzycząc "zabijcie mnie" do cierpkiego wina sączonego na werandzie nowego domu w towarzystwie zachodzącego słońca. Całą tę fantasmagorię ucinała z kolei jedna sekunda, w której po kilku tygodniach namysłu ostatecznie zdecydowała się skoczyć.
     – Ciekawe jaki bóg był tak okrutny, by zaplanować świat w ten sposób. Po miesiącach wątpliwości, depresji, totalnego chaosu w głowie i poczucia winy postanawiasz wreszcie z tym skończyć. Zbierasz się w sobie kolejne miesiące, zastanawiasz się nad metodą, wydajesz kilkaset pesos na tabletki albo alkohol, balansujesz na krawędzi przez cały dzień, gdy nieznajomi ludzie gapią się na ciebie z telefonami w rękach... 
     – I BUUUM! – wybuchła nagle, podnosząc się z uniesionymi, rozstrzelonymi rękoma. Głowa jej pływała. Równie szybko zresztą padła z powrotem na oparcie kanapy, której właścicielka leżała pozszywana w szpitalu.
     – Myślisz, że wreszcie przestaniesz cierpieć, że przestaniesz czuć. I nagle spadasz w odmęty. W mrok. I czujesz więcej, czujesz od nowa, żyjesz po raz drugi. I uświadamiasz sobie, że cała twoja ciężka praca poświęcona na przekonywanie samej siebie do samobójstwa poszła na marne. I zaczynasz od nowa – pomyślała, mrużąc powieki. Cały ten smutek i melancholia podziałały na nią, jak gorąca woda wypełniająca wielką wannę. Zanurzała się w niej i wszystko z wolna znikało. Zabite, wyszarzałe – odizolowane poza mózgiem.
     – Zabili mi brata. Drugi raz – skonkludowała. Przeraziło ją, z jakim spokojem przyjęła to do wiadomości  – nawet jeśli wiedziała o tym już od kilkunastu godzin. Ostatecznie winą obarczyła wypełniający jej płuca dym. Tak było łatwiej. Drugi raz skakać nie chciała.

***

     Był zmęczony, zaharowany, spocony i trochę brudny. Czuła od niego różne zapachy, których nie było w tym domu od... nigdy. W Bachirze coś się przebudziło. Coś nowego, świeżego, uderzająco młodzieńczego, choć nigdy nie uważała narzeczonego za starego. Na jego twarzy malowało się przekonanie. Nie takie samo, jak za czasów Połykaczy Grzechów – jako zimna, marmurowa figura, nieosiągalny ideał boga – a raczej przywodzące jej na myśl rewolucjonistów. Teraz od syna Konana biła czysta pasja, a ona patrzyła na to ze wzruszeniem i swego sortu rozrzewnieniem. Chciała móc mu o tym powiedzieć, a najlepiej chwycić sztalugę i farby, zainspirowana jedynym mężczyzną, którego w życiu pokochała.
     – Nie czas na to. Są rzeczy ważne i ważniejsze – pomyślała Lisa, przywołując samą siebie do porządku. Czekała cierpliwie, siedząc na łóżku, dłońmi chwytając krawędzie pościeli i porządkując myśli. Tymczasem Mulat odstąpił mokry od kranu, zarzucając na kark pomięty ręcznik i stanął w drzwiach z pogrążonymi w nieładzie włosami. Dlatego właśnie zwykł zaczesywać je do tyłu. Pomimo ograniczonej aktywności fizycznej, nagi od pasa w górę mężczyzna pozostawał w formie, kompaktowo umięśniony i potężny.
     – Chciałaś ze mną o czymś porozmawiać – odezwał się Bachir, stając nad nią. Lisa spojrzała mu w oczy. Ucieszyła ją w duchu odmiana, jaką w nim zauważyła. Gdy Mulat się do niej zwrócił, cała jego uwaga skupiła się na kobiecie. Jeszcze niedawno wyglądało to całkiem inaczej.
     – Rano, w szpitalu – podjął ponownie Bachir, gdy nie otrzymał w porę odpowiedzi od zamyślonej narzeczonej. Kobieta wymownie przesunęła się w bok po krawędzi łóżka. Usiadł obok niej, rzucając ręcznik bardziej na stronę poduszek.
     – Chodzi o Legato... – zaczęła niepewnie Lisa. Bachir zmarszczył czoło – jak zawsze, gdy zaczynał uporczywie się nad czymś zastanawiać.
     – Myślałem, że nic mu nie jest. Skąd to zdenerwowanie? – zapytał mężczyzna. Pozytywny efekt operacji wyeliminowania Wampirzycy uśpił jego wyrzuty sumienia związane z postawieniem całej rodziny na szali. Niepokój kobiety zburzył jednak jego wewnętrzny porządek. Coś w środku nakazało mu przygotować się najgorsze, nie wyjaśniwszy uprzednio, co dokładnie byłoby najgorsze. Ten irracjonalny lęk, gdy w grę wchodziły najdroższe osoby nawet komuś uznawanego kilka lat wcześniej za boga nie był obcy.
     – Nie o to mi chodzi. Po prostu w czasie walki z Wampirzycą stało się coś... niespodziewanego. Tuż przed tym, jak udało mi się przejąć ciało Lilith i zaatakować ją z zaskoczenia, Legato wszedł w sam środek tego kotła. Lilith była już prawie martwa. Chciał pomóc – zaczęła opowiadać Lisa. Chrzęst rozległ się wewnątrz knykci Bachira, gdy niezależnie od swojej woli zacisnął nerwowo pięści. – Nagle stało się coś dziwnego. Jakby... zaabsorbował energię duchową z otoczenia, zamiast wykorzystywać swoją. Wampirzyca zrobiła wcześniej coś podobnego.
     – Co? – zdziwił się, ale z drugiej strony odetchnął z ulgą Bachir. – To tak cię martwi? Naprawdę mnie przestraszyłaś. Spodziewałem się... nie wiem czego, ale czegoś znacznie bardziej niepokojącego, niż to.
     – A spotkałeś się kiedykolwiek z czymś takim? Czemu CIEBIE to nie martwi? – żachnęła się na niego Lisa, którą absolutny spokój Mulata nieco zirytował.
     – To nie tak. Jasne, nie znam osobiście nikogo, kto byłby w stanie absorbować energię z otoczenia, a przynajmniej nie na poziomie uzdatniającym ją do użytku, ale wciąż nie jest mi to obce – obronił się Bachir. Polityczny ton mężczyzny spotkał się tylko z uniesionymi w oczekiwaniu i zniecierpliwieniu brwiami białowłosej. – Za mało czytasz, odkąd umarłaś – stwierdził bezlitośnie Mulat, ale kontynuował, nim narzeczona zdążyła się obruszyć. – Rzekomo sztuka ta rozpowszechniła się przez postać Mędrca Znikąd.
     – "Rozpowszechniła"?
     – Fakt, to może nie jest właściwe słowo. Miałem na myśli, że napisano o tym książki, bazując na jego przykładzie. Ponoć niektórzy Madnessi są w takiej harmonii z mocą duchową lub ich odczyty energetyczne są tak płaskie, że nie przypominają one żywej istoty. Legato zawsze świetnie panował nad swoją aurą – wyjaśnił spokojnie Bachir, ale widział doskonale, że jego podejście nie pomagało Lisie. Podszedł więc do tego od jej strony. – Jeśli nawet Wampirzyca zrobiła coś podobnego, to równie dobrze mogłabyś powiedzieć, że nasz syn ma coś wspólnego z Mędrcem Znikąd.
     – Ech... może i racja – stwierdziła Lisa. – Po prostu mnie to zszokowało. Legato nigdy wcześniej nic takiego nie zrobił. Martwię się o niego.
     – Ja też. Wiesz o tym – zapewnił Mulat, obejmując ją jednym ramieniem i przyciskając do siebie. – Bałem się o was. Wierzyłem w ciebie cały czas, ale odkąd wyszedłem z domu, gdzieś z tyłu głowy ciągle przelatywały mi najczarniejsze scenariusze. Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułem, kiedy zobaczyłem, jak twoja iluzja znika. W pierwszej chwili...
     – A potem? – zapytała białowłosa, wtulając głowę w jego klatkę piersiową. Objęła go na wysokości boków.
     – Potem uświadomiłem sobie, że przerwanie iluzji mogło oznaczać coś jeszcze i pognałem w waszą stronę. Całkiem przestałem myśleć, co robię, dopóki nie zobaczyłem, że oboje jesteście cali. Fenomenalnie się spisałaś, wiesz? – powiedział do niej. Połaskotała go tylko włosami, gdy podnosiła ku niemu twarz z pełną atencją.
     – Gdybyście wspólnie z Naizo nie zwabili Wampirzycy do naszego domu, to też wiele bym nie zrobiła – odparła skromnie Lisa. – Tak naprawdę to zaskoczyło mnie, że w ogóle udało mi się ją zmylić. Nie zauważyła momentu, w którym wkroczyła w iluzję. Była pewna, że pochwyciła Legato, a potem, że go zabiła.
     – A nie odniosłaś wrażenia, że jest bardzo beztroska? Dziecinna nawet?
     – Hm?
     – Lilith powiedziała mi coś takiego, gdy sondowałem jej umysł. Wampirzyca owszem, jest morderczynią i to bardzo inteligentną, ale wiele z tego wszystkiego traktuje jak zabawę. Rozrywkę lub może bardziej hobby. Często traci czujność. W trakcie ich pojedynku zdarzyło się to co najmniej trzy razy.
     – Możliwe. Nie zwróciłam na to uwagi. Byłam zbyt zaaferowana Legato i Lilith. Szukałam odpowiedniego momentu, by przejąć nad nią kontrolę.
     – Improwizowałaś?
     – Musiałam. Przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Nie miałam innej możliwości. Tyle planowania – twojego, Naizo, mojego – a ostatecznie i tak udało jej się przeżyć – powiedziała ze skręcającym się żołądkiem kobieta. Nie chciała ponownie stawić jej czoła. Czuła, że następnym razem nie da rady podejść jej w taki sposób i że w takiej sytuacji nie miałaby z morderczynią najmniejszych szans.
     – Dorwiemy ją, nie przejmuj się. Poza tym wątpię, by spróbowała drugi raz pojawić się w tym samym miejscu tylko po to, by skończyć, co zaczęła. Jawi mi się jako inny typ człowieka – pocieszył narzeczoną Bachir, ale w jego głowie pojawiały się podobne myśli. Był teraz odpowiedzialny za znacznie większą grupę ludzi, niż za czasów Połykaczy Grzechów i w ramach tej odpowiedzialności musiał coś zrobić. Zaczął nawet formułować pewien szalony plan, którym zaskoczył nawet siebie samego, ale nie miał siły wprowadzać go w życie. Nie teraz. Zostawił to na jutro. Położywszy dłoń na krzyżu Lisy, bez ostrzeżenia opadł plecami na łóżko, znienacka pociągając ją za sobą.
     – Jutro – powiedział do siebie w myślach, niczym niesforny brzdąc, któremu w piątkowy wieczór nie chce się odrabiać pracy domowej. Miał niebawem zapłacić za tę beztroskę.

***

     Isabelle patrzyła na niego z niewymuszonym, przecudnym uśmiechem, którego piękno uderzyło go w dwójnasób, jako że nie myślał o niej od lat. Jak? Wciąż nie rozumiał. Tym niemniej zrobiło mu się gorąco na jej widok. Coś wewnątrz niego odezwało się echem sprzed lat, kiedy to młody, naiwny, głupi i nieokrzesany próbował dobrać się do niej na łące. Pamiętał do dzisiaj, jak jego mózg wyciął z mentalnego rejestru słowo "nie", co skończyło się czerwonym śladem na połowie twarzy, masą wstydu i łzami spływającymi po policzkach dziewczyny. Uciekła wtedy. Doskonale to rozumiał teraz i tak naprawdę rozumiał to już wtedy, jako że siarczysty, paniczny cios w twarz od osoby, która przecież wiele dla niego znaczyła całkowicie wybił mu z głowy chutliwe amory.
     Teraz to wszystko zniknęło, jakby ona również zapomniała. Jakby ona również rozumiała i po latach nie miała mu tego za złe. Gubił się w jej oczach. Nieoczekiwana fala entuzjazmu wlewała się w jego puste jestestwo, gdy studiował ten cudowny, zielony owal. Jasmine była tak piękna, jak wieczór po śmierci jego matki, gdy był zbyt pijany, by cokolwiek poczuć, zbyt rozbawiony wszystkim dookoła. Ale Madelaine nie była nawet w połowie tak destrukcyjna. Była wybawieniem dla jego szarego, depresyjnego życia. 
      – Tak bardzo się cieszę, że cię znalazłem! – wykrzyknął z entuzjazmem, obejmując ją z czułą egzaltacją, jak za dawnych lat. Zaśmiała się perliście, kompletnie odmieniona, barwna, silna i jaśniejąca, choć przecież dwie godziny temu leżała z podciętymi żyłami przy śmietniku. Nie, to nie były przecież dwie godziny, tylko dwa tygodnie. Jeanne mieszkała z nim przez dwa tygodnie, by dojść do siebie. Zaproponował jej lokum z poczucia winy. Za te wszystkie kobiety, którym być może zniszczył życie, za Thomasa, za swoją matkę, za nałogi. Nawet mieli bardzo podobne imiona. Ich babcie zawsze żartowały, że są dla siebie stworzeni.
     Powiedziała mu, że chciała się zabić, bo... bo... bo straciła dorobek swojego życia w ataku Loży. Nie. Po prostu od miesięcy zmagała się z depresją. Dokładnie tak, jak on, tylko bez leków. Jego na powierzchni trzymały leki. Zrobił z nich chybotliwą tratwę, która wiozła go przez życiowe odmęty w narkotycznym transie. Bez nich miał ochotę się zabić. Och, jak bardzo miał ochotę się zabić. Och, jak bardzo ciążyły mu jego obowiązki i powinności, bez których mógłby po prostu strzelić sobie w głowę. Nie. Nie mógł.
     Miał nowy, zdrowy zamiennik – Annę. Zajmowanie się nią i dbanie o jej stan fizyczny ratowało go. Gotowanie pożywnych posiłków dla nich obojga, by ona mogła odzyskać siły ratowało go od walających się po mieszkaniu opakowań po fast-foodach. Troska o swój wizerunek w jej oczach ratowała jego image – powróciło branie prysznica dwa razy dziennie, wyprasowane i nakrochmalone koszule, nienaganna fryzura i starannie pielęgnowana kołatka jasnych włosów na twarzy. Jego życie nabrało barw. Nabrało sensu.
     Zahaczyła wzrokiem jego oczy, niemal zaczarowując go, by odpowiedział tym samym. Stali przy aneksie kuchennym. Zbliżyła się. Jej dłoń chwyciła jego lewe ramię. Poczuł się, jakby przez miliony lat nawarstwiana na powierzchni jego ciała lodowa pokrywa w jednej chwili stopiła się pod tym właśnie dotykiem?
       – Ile to już? Miesiąc? – pomyślał, spoglądając kątem oka w okno. Była noc. Bezchmurne, gwieździste niebo, pełnia księżyca. Srebrne światło oblepiało ich swoim blaskiem. Rude włosy Denise zakręciły mu w głowie, niczym wir płomieni, otaczający go tak ciasno, jak jego własne ramiona otoczyły jej drobną talię. Teraz ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. Lekko musnął wargami jej usta, wciąż utrzymując wzrokowy kontakt. Wszystko ucichło. Jego dłonie nie trzęsły się. Przestały jakiś tydzień temu – nagle, jak ręką odjął. 
     Wpiła się w niego nagle, namiętnie i szaleńczo, jak w ostatniej minucie świata. Poczuł jej dłonie z tyłu swojej głowy. Niemal automatycznie chwycił dłońmi jej uda, przejeżdżając po nich wyżej i unosząc tym samym brzeg kremowej sukienki w bladoróżowe kwiaty. Obrócił się z gracją, wciąż ją trzymając i posadził ją na szafce.
     – Kocham żyć – pomyślał, opierając jedną dłoń na jej kości ogonowej i przyciskając jej ciało do swojego tak ciasno, jak tylko potrafił. Czuł to każdą swoją komórką – zakochał się w Caroline na zabój. 

Koniec Rozdziału 259
Następnym razem: Efemeryda

Rozdział 258: 97

ROZDZIAŁ 258

     — Co to za cuda? — zdziwił się ktoś głośno, spoglądając nad dachy budynków. Zdziwione okrzyki i ociekające niepokojem szmery uniosły się z ust tłumu. Stojący w kolejkach mieszkańcy stolicy rozgałęziali swoje proste szyki, by dołączyć do gapiów, podczas gdy nowy i pierwszy zresztą Gubernator Miracle City roznosił ze swoją świtą produkty pierwszej potrzeby. Jeździli tak od dzielnicy do dzielnicy już drugą godzinę, by tylko Bachir mógł pokazać się ludziom i porozmawiać z nimi, wytłumaczyć im, jak się sprawy mają oraz przyjąć ewentualne uwagi lub - przy pomyślnych wiatrach - rozwiać wątpliwości.
     — Sir, proszę spojrzeć — powiedziała do Mulata piegowata dziewczynka, bez większego skrępowania ciągnąc go za rękaw. Bachir spojrzał wpierw na nią, zanim wsłuchał się w tumult i zobaczył, że czerwone drzewo... zmieniło się. Setki gałęzi od ich strony połamały się i odpadły, zostawiając ogromną wyrwę w dotąd gęstej strukturze drzewa. Nawet część tych grubszych, o średnicy przekraczającej dwa metry kompletnie zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie kikuty. W mgnieniu oka rozdzwoniły się w okolicy telefony.
     — Przecież przed chwilą było całe! Co się stało? — krzyknął ktoś. — Nawet nie słyszałem, żeby coś stamtąd spadło, a to przecież wysoko, jak skurwysyn — zawtórował ktoś inny. Wszystkie komentarze i obserwacje łączył jednak jeden wspólny czynnik - nikt nie zauważył, by drzewo przeszło jakąkolwiek transformację. Nikt... aż do teraz.
     — Udało się! Wiedziałem, że sobie poradzisz, Lisa — pomyślał Bachir, spoglądając na przestrzeń okalaną przez wykarczowane gałęzie. Na chwilę przyspieszyło jego tętno, ale spodziewał się czegoś podobnego. Był przygotowany. Byli przygotowani. Szybko zmrużył powieki, poszukując swoim umysłem Naizo. Mężczyzna miał już bowiem czekać z posiłkami.

***

     Spadła między ciasno ściśnięte budynki, jak w otwartą paszczę Lewiatana, ciągnąc za sobą czerwoną wstęgę. Wpatrywała się w niebo i rozkładającą się zasłonę nałożoną przez nią na drzewo i otaczający je obszar. Nie przykładała wielkiej wagi do swoich własnych obrażeń, zbyt pochłonięta swoją marzycielską podróżą w nieznane. Nadal widziała mięso i organy Ikara rozwieszone na plątaninach cierni. Przymknęła oczy, opadając na ziemię lekko, jak to ostatnie pióro z poklejonych roztopionym woskiem skrzydeł. Tak to sobie wyobraziła. Tak to również odczuła. W rzeczywistości jednak upadła z hukiem, rozbijając betonową nawierzchnię pośród plastikowych i metalowych śmietników rozstawionych dokoła, niczym szczątki pradawnych maszyn z różnych czasów i wymiarów. Niczym szczątki zapomnianych bohaterów połkniętych tak samo, jak ona. Straciła dech w płucach pod wpływem upadku.
     — Złapano mnie w iluzję — pomyślała, dotykając otwartą dłonią rozciętego korpusu. Gdy nawałnica ciosów zwaliła się na nią na górze, straciła panowanie nad swoim ciałem i mocą, ale teraz zmysły zaczęły do niej wracać. W porę zresztą, bo zauważyła nagle, że rozciąga się pod jej plecami kałuża krwi. Wessała powietrze, mrużąc oczy. Powietrze poruszyło się w jej stronę razem z energią duchową, którą zaabsorbowała.
     — Kiedy? Kto? Czego nie zauważyłam? — zaczęła zadawać pytania. Wszystkie jej rany zamknęły się. Brakujące przedramię, a raczej znajdującą się w niej krew wyczuła szybko na skraju pobliskiego dachu. Uniosła ją siłą woli, podnosząc w powietrze swoje krwinki i w ten sposób poruszając również swoją kończyną. Zrzuciła ją sobie na brzuch. Splotła ze sobą palce obu dłoni. Przypominało jej to coś w rodzaju końcówki "Titanica". Jakby sama leżała na tratwie, a jej opadły z sił kochanek zanurzał się pod chłodną taflę śmierci. Tylko trzymana przez nią ręka górowała nad wodą, ale ona nie miała siły pociągnąć go do góry.
     Poczuła nagle czyjąś obecność. Czyjś zbliżający się powoli do jej samotnej, ciemnej alejki sygnał. Ktoś poruszał się po głównej ulicy, prostopadłej do alejki. Miał wkrótce pojawić się przed jej oczami. Natychmiast wyrwało ją to z rozmyślań. Umysł Wampirzycy rozbłysł i zaiskrzył, niczym zimne ognie. Chłodna kalkulacja. Bilans plusów i minusów. Podniosła się raptownie do pozycji półsiedzącej. Czerwone oczy odbiły się szybko od kilku najbliższych punktów w przestrzeni. Blondynka przycisnęła odciętą rękę do kikuta. Puściła krew w tym drugim. Pozwoliła jej popłynąć, a ta buchnęła potężnym strumieniem, jak balonik z wodą miażdżony kołami ciężkiego pojazdu. O to jej właśnie chodziło.
     Docisnęła ubytek na jego miejsce, a wylatująca po bokach krew otoczyła miejsce złączenia, gęstniejąc i ściskając ramię, niczym bandaż lub opaska. Energia duchowa wewnątrz ramienia pokierowała mięśnie i nerwy w taki sposób, by zetknęły się ze sobą i tymczasowo je skleiła. Podobnie z czysto przeciętą na dwoje kością. Planowała utrzymać ten stan rzeczy, dopóki wszystko wewnątrz faktycznie się ze sobą nie zrośnie i nie zagoi. Słyszała już kroki stąpającego po chodniku mężczyzny. Był jej najlepszą szansą.
     — Téater Ilahi.
      Energia duchowa wokół niej eksplodowała. Zasłona, czy może bardziej kurtyna rozbiegła się na wszystkie strony, swym kształtem przypominając nieco jaśniejącą na arktycznym niebie zorzę polarną. "Boski Teatr" pokrył kilkanaście metrów przestrzeni we wszystkich kierunkach. Na razie bowiem Wampirzyca nie potrzebowała więcej. Wystarczyło tylko zamknąć w strefie działania tę jedną osobę...
     Blondyn snuł się ulicą, powłócząc nogami. Lekko kręciło mu się w głowie, ale towarzyszył temu przyjemny rausz - tym lepszy, im dłużej patrzył w niebo. Nie chwiał się tak, jak niegdyś po alkoholu. Wręcz przeciwnie - stawiał proste, energiczne i bardzo potężne kroki, jakby ktoś zalał mu stopy betonem lub jakby Noailles walczył z odpychającą go wichurą. Niechlujnie wygnieciony, podniesiony z prawej kołnierz łopotał z każdym ruchem mężczyzny. Dość miał tego dnia. Za dużo stresu, za dużo perturbacji, za dużo trudnych decyzji, nie wspominając już nawet o ich konsekwencjach, których jeszcze nie znał i poznawać nie chciał.
     Półprzytomnie sięgnął do kieszeni z przodu koszuli. Była pusta, ale nawet nie zauważył - ani pustki, ani swojego podświadomego ruchu. Zaraz usłyszał zresztą coś, co sprawiło, że stanął w miejscu i z racji nagłego bezruchu zakołysał się w przód i w tył. Wysilił swój słuch. Intrygujący go odgłos dobiegał z biegnącej między zamkniętym barem, a obskurnym hostelem uliczki. Brzmiał trochę, jakby coś dużego rąbnęło w metalowy kubeł na śmieci i ciężko uderzyło o ziemię. Francuz normalnie by się tym nie przejął. Przyjąłby, że to po prostu jakiś kot buszuje po koszach. Teraz jednak z niezrozumiałych dla siebie przyczyn zaniepokoił się, jakby spacerował po dworcu kolejowym i zobaczył właśnie, jak jakiś podejrzany człowiek chowa nóż do kieszeni. To był ten rodzaj niepokoju, w obliczu którego jedni pierzchali i odwracali wzrok, a inni reagowali... i z jakiegoś powodu on zareagował.
     Nawet haj jakoś zelżał, może pod wpływem stresu, czy innych emocji. Zastygł chwilowo, marszcząc czoło i nagle skoczył w stronę bocznej uliczki, nurkując w jej konsternujący mrok. Zatrzymał się w pozycji gotowej do odparcia ewentualnego ataku, ale sam nie wiedział, czego się spodziewał. Na pewno żadną z tych rzeczy nie był odgłos plaśnięcia wydobywający się spod podeszwy jego buta. Kałuża krwi rozpościerała się na ciemnej, zimnej nawierzchni. Metalowy kubeł na śmieci zalegał przewrócony pod ścianą.
     Obok kosza leżała na boku kobieta, głową lekko oparta o wklęsłą blachę. Wyglądało na to, że uderzyła w niego skronią. Krew wyciekała jednak z podciętych żył na prawym przegubie. Jean rzucił się w stronę nieruchomej, umierającej nieznajomej. W bezdechu podłożył rękę pod jej plecy, unosząc ją lekko i opierając o swoje kolano. Wolną dłonią złapał kobietę za rękę. Różana cera bledła w zastraszającym tempie. Miała zamknięte oczy. Ani cienia przytomności. Włosy w kolorze jasnego brązu splecione były w kok, z którego kilka kosmyków wymykało się na czoło i skronie. Po prawej stronie Francuz spostrzegł czerwień zlepiającą włosy.
     Potrząsnął nią.
     — Obudź się, proszę! Słyszysz mnie? Co ci się stało?! Hej! — zaczął krzyczeć nad nieznajomą. W przypływie trzeźwości skumulował wokół siebie energię duchową, by natychmiast zatamować nią krwawienie. Rozejrzał się dokoła. Masa szkarłatu zdążyła wylać się na ziemię, ale nie sądził, by mogło to zabić niewiastę. Lekko pacnął ją wierzchem dłoni w oba policzki. Nie obudziła się, ale kolejny przypływ trzeźwości skłonił go do położenia ręki na jej lewej piersi. Odetchnął z ulgą, poczuwszy słabe, lecz regularne bicie.
     — Muszę ją stąd zabrać. Szybko. Szpital! Gdzie jest najbliższy szpital? — pomyślał Jean. Zielonkawo-morska sukienka przyciągnęła na moment jego uwagę. Tak łatwo się rozpraszał ostatnimi czasy... Wlepił wzrok w materiał, jakby jego barwa go zahipnotyzowała, jakby zatonął w jego bezkresie. Tchnęło go. Coś dziwnego, ale w jakiś sposób oczywistego. Coś, co zasugerowało mu, że jego pomysł nie miał sensu.
     — Całkiem postradałem zmysły? To przecież nic takiego. Mogę ją opatrzeć u siebie w domu. Tam przynajmniej pamiętam, jak trafić. Tak, dokładnie. Bez paniki. Wszystko mam pod kontrolą — zdecydował nagle, kompletnie zmieniwszy nastawienie. Równie niespodziewanie całkiem się uspokoił. Zabranie rannej kobiety do domu wydało mu się wtedy całkowicie logiczne, a na dodatek najbezpieczniejsze. Tak właśnie zrobił.
     Zamrugał niespokojnie kilka razy. Wszystkie myśli uciekły z jego głowy, jak przestraszone przez wilka stado owiec, rozpierzchły się w niewiadomym mu kierunku. Nawet nie zdawał sobie do końca sprawy ze stawianych przez siebie kroków. Jak robot.


***

     — Jestem skłonny zaproponować rozmowę, jeśli twoim jedynym celem nie jest usiłowanie morderstwa — powiedział nieprzejęty, choć zawiedziony manierami swojego gościa doktor Thompson. Nie miał już teraz połowy oparcia w swoim krześle, w związku z czym podniósł się wraz z kubkiem ostygniętej, połowicznie wypitej kawy. Czarnej bez cukru. Nie pił jej bowiem z przyjemności. Musiał być pobudzony i świeży niezależnie od stanu swojego ciała i umysłu. Wszakże zegar tykał nieubłaganie.
     — Moje cięcie przeszło przez niego, nie wyrządzając mu krzywdy. Zupełnie jakbym atakował człowieka. Nie jest Madnessem? Jego pewność siebie i apatyczna grzeczność sugerują, że posiada wiedzę na nasz temat. To by znaczyło, że... ach, jestem głupcem — pomyślał rozdrażniony Matsu, zaciskając palce na swojej naginacie. — Przecież mnie widzi. To jasne, że nie jest po prostu człowiekiem.
     Thompson siorbnął głośno, zaskarbiając sobie pełnię atencji Generała. Przejechał dłonią po panelu dotykowym komputera i uśpił go, nim Kawasaki zdążył choćby pomyśleć o przyjrzeniu się temu, nad czym dokładnie pracował naukowiec. 
     — Cieszę się, że nie postanowiłeś po drodze pozabijać naszych bogu ducha winnych pracowników. Czuję twoją złość, Ahmed — podjął raz jeszcze doktor, zbliżając się z rękami w kieszeniach. Zatrzymał się, gdy dzieliło ich już tylko kilka metrów. Matsu przyjrzał mu się bezgłośnie. W jego mniemaniu mężczyzna starał się wyprowadzić go z równowagi. Zmusić do popełnienia błędu. Wolał analizować. Starannie i ostrożnie.
     Stephen A. Thompson splątane, czarne włosy zaczesywał na tył głowy. Zaczynały powoli siwieć od cebulek wzdłuż. Schowane za uszy pukle odwijały się od jego skóry, jak strąki. Starannie przycięte, idealnie równe bokobrody ujmowały jego prostą, szczupłą twarz. Kołatka czarnych włosów widniała na podbródku doktora, wznosząc się ponad skandalicznie spierzchnięte usta. Bursztynowe oczy jaśniały nienaturalnie w laboratoryjnym świetle - soczewki. Ciemne placki pod tymiż oczami wskazywały na przepracowanie i brak snu. Czoło Thompsona pokrywała spora ilość zmarszczek. Z kieszeni jasnoniebieskiej koszuli wynurzała się otwarta paczka z połową papierosów. Mężczyzna miał też na sobie przetarte, znoszone i bardzo stare jeansy... i trampki. Czerwono-białe, nieco brudne, pasujące bardziej do programisty, aniżeli do naukowca.
     — Spodziewałeś się mnie — stwierdził Ahmed, wreszcie odzywając się do swojego gospodarza. — Jak? Skąd wiedziałeś, że tu będę? Że to w ogóle będę ja? Dobrze się zastanów, zanim postanowisz skłamać. Moja cierpliwość jest na wyczerpaniu i mam osobiste powody, by po prostu cię zaszlachtować — zagroził Thompsonowi, przesuwając dłoń na koniec trzonka swej broni. Kącikami oczu szukał nieprawidłowości. W atmosferze, w otoczeniu, w małych i trudno dostępnych kątach, w ubiorze i manieryzmach doktora.
     — Nie bądźmy dziecinni, groźby nie są potrzebne — odparł doktor, chowając brzeg lewej dłoni do kieszeni spodni. Matsu śledził każdy ruch mężczyzny. — Przede wszystkim... — zaczął, wyciągając paczkę papierosów. Były inne od tych, które wystawały mu z koszuli, ale Kawasaki nie znał się na wyrobach tytoniowych na tle dobrze, by móc rozpoznać markę. — Nie bój się — powiedział doktor, zauważywszy nagłe drgnięcie i napięcie się wszystkich mięśni w ciele Kawasakiego. — Palenie zabija, ale w tym wypadku tylko mnie — oznajmił niezgodnie z prawdą. Zaraz jednak dał Matsu powód, by wzdrygnął się raz jeszcze, bo zapalniczka wypadła na rękę Stephena z jego rękawa.
     — Cholera, co jest ze mną nie tak? — pomyślał zestresowany Arab, czując kroplę potu ściekającą po lewej skroni. — W ogóle nad sobą nie panuję. To przez presję? Przez moje oczekiwania względem Thompsona? To prawda, spodziewałem się kogoś... innego, ale powinienem być ponad to, do diabła! Gdzie się podziała moja intuicja? — zganił się. Węszył podstęp tak mocno, że popadł w swego rodzaju "węchową paranoję" i zdawało mu się, że czuje go wszędzie.
     — A to ci dopiero! Wiele o nim słyszałem, ale tego się nie spodziewałem. Jest niesamowicie spięty. Nie jestem psychologiem, ale sprawia wrażenie, jakby z góry ocenił, jaką jestem osobą. Tymczasem ja mu to wrażenie zepsułem... i teraz tkwi biedak w swoistym dysonansie. Nie, Ahmed, na razie nie mam żadnego powodu, by podnieść na ciebie rękę — pomyślał Stephen, zaciągając się dymem. Cień uśmiechu przebiegł po jego ustach.
     — Jak już starałem się powiedzieć, przede wszystkim nic nie wiem. Nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Przewiduję, zgadza się, ale przygotowuję się po równi na każdą ewentualność. Twoje pojawienie się tutaj było tylko jedną z nich. Zasadniczo spodziewałem się zobaczyć tu dzisiaj jeszcze jednego gościa. — Wydmuchnął chmurę dymu w stronę Matsu, ale ten raptownie poderwał rękę i rozgonił go, wspomagając się lekką falą uderzeniową. Utwardził nawet górę korpusu, jakby oczekiwał, że dym ukrywał jakiegoś rodzaju pocisk.
     — Jak zwał, tak zwał — odparł Ahmed. — Wiesz, dlaczego tu jestem?
     — Spodziewam się — rzekł ze szczególnym naciskiem Stephen — że chcesz oczyścić swoje sumienie. Nie patrz na mnie w ten sposób, wiem przecież, że poniekąd z mojej inicjatywy zginął twój przyjaciel i nie zamierzam tego ukrywać. Poza tym jeszcze dwie minuty temu próbowałeś mnie zabić. Jesteś sztywny, jak pal. Ledwo trzymasz swoje emocje na wodzy. Normalnie się tak nie zachowujesz, więc jest to dla ciebie nienaturalne. Szukasz ujścia dla swoich emocji. Szukasz we mnie potwora, którego spodziewałeś się odnaleźć i na którym pragnąłeś te emocje wyładować. Ale na razie go nie widzisz, choć może właśnie to zmieniłem, bo mogę brzmieć nieco impertynencko. Już po fakcie, ale chciałem z góry przeprosić. Aura impertynencji to taki nawyk właściwy osobie o moich kompetencjach — zakończył dłuższy wywód Thompson, wydmuchując kolejną chmurę dymu i powoli zbliżając się do stołu, na którym leżało ciemne, chude truchło Wyklętego. Kawasaki odruchowo odstąpił na bok, oddalając się od doktora skośną linią. Gotując naginatę do ataku. W oczach Stephena wyglądał wręcz śmiesznie.
     — Jeśli jeszcze raz zmienisz temat...
     — Posłuchaj mnie — przerwał naukowiec, siadając na wysuwającym się z podłogi za jego plecami stołku — wlazłeś właśnie w niezłe gówno, Ahmed. W tej chwili tylko od nas dwóch zależy, czy wyjdziesz z niego o własnych siłach, czy nie wyjdziesz w ogóle. Nie planuję być tym chorym potworem, którego szukasz, ale za cholerę nie chcesz ze mną rozmawiać. Wsadź sobie w dupę tą naginatę, bo i tak już sztywniejszy nie będziesz i zacznij dla odmiany zachowywać się, jak przystało na twój wiek — spoliczkował werbalnie Generała, jak nieposłuszne dziecko. I jemu zaczynała się kończyć cierpliwość. Nie lubił bowiem "pracować z idiotami", jak ujmował to bardzo często, gdy jeszcze żył Richard, ich chłopiec na posyłki.
     Matsu zdębiał na chwilę. Kompletnie się tego nie spodziewał. Potrząsnął głową, by sprowadzić się na ziemię. Drugi stołek, przypominający gruby, metalowy słup z szerokim siedziskiem u góry wysunął się z podłogi niespełna półtora metra od Thompsona. Doktor spojrzał wymownie na wolne miejsce, a potem na Araba.
     — Co powinienem zrobić? — zachodził w głowę Kawasaki. Stephen wzbudzał jego gniew, lecz nie był to ten impulsywny gniew, przejmujący kontrolę nad ciałem, tylko ten drugi - zimny, z wolna narastający i wypełniający go od wewnątrz. Arab nie mógł znieść jego spokoju i nonszalancji, jego wyrachowania. Matsu przyszedł tam, żeby go zabić, ale on zachowywał się, jakby negocjował warunki umowy handlowej.
     Usiadł ostatecznie. Niechętnie, ostrożnie, kładąc naginatę na stole z ostrzem skierowanym w stronę naukowca. Kolejny obłok dymu wypełnił przestrzeń między nimi. Tym razem Matsu po prostu pokrył swoje oczy powłoką energii duchowej, by nie musieć ich zamykać pod wpływem palonego tytoniu. Gdy dzielił ich tak krótki dystans, nie chciał rozbijać chmury ręką. Obawiał się, że stworzy w ten sposób okienko do ataku na jego osobę.
     — Chwileczkę! — pomyślał z niepokojem Generał, mierząc wzrokiem doktora. — Ma dwie różne paczki papierosów. Można by przypuszczać, że musi sporo palić, ale jego zęby ani paznokcie nie są żółte. W ogóle nie czułem od niego dymu, dopóki nie zapalił. Jego oczy też wydają się w porządku. W takim razie po co mu dwie paczki? To jego umiejętność? Coś związanego z dymem? Nie może być. Przecież mój atak przeszedł przez niego, jak przez normalnego człowieka, więc jakim prawem miałby używać mocy duchowej? Chociaż z drugiej strony jakimś cudem mnie widzi... Istnieje też możliwość, że druga paczka była specjalnie po to, bym zaczął o tym myśleć. Chciał mnie rozproszyć? Co ma mu to dać? Co chce zrobić? — zagłębiał się w swojej paranoi, a Thompson śmiał się w duchu, choć był to raczej gorzki śmiech, pełen zażenowania.
     — Beznadziejny przypadek — pomyślał doktor, po czym odchrząknął głośno.
     — Nie zaproponuję ci herbaty. I tak byś jej nie wypił z obawy przed trucizną. Pozwól więc, że podkreślę po raz kolejny mój punkt widzenia. NIE musimy walczyć. Skoro już tu dotarłeś, to jestem skłonny wymienić się informacjami na tematy, o których mogę mówić. W zamian za to będę oczekiwał naszego pokojowego rozstania i być może współpracy — powiedział do Generała, rozdmuchując mu dym po całej twarzy. Matsu nawet nie drgnął. Złapał się tylko dłońmi krawędzi blatu, patrząc doktorowi prosto w oczy.
     — Chyba kpisz, jeśli myślisz, że przyłożę rękę do czegokolwiek, co tu robicie! — pomyślał, lecz tym razem zachował to dla siebie. Musiał się koniecznie uspokoić. Zimny gniew, tylko zimny.
     — Rozmawiałeś jakiś czas temu z człowiekiem, który niegdyś dla nas pracował. W szczególnej mierze pracował on dla mnie. Richard Verner — podjął ponownie Stephen, poniekąd zadowolony, że żałosny głupiec przestał mu przerywać. — Zgodnie z tym, czego spodziewałem się po nim w podobnej sytuacji, Verner naprowadził cię na nasz trop. Być może powiedział też coś więcej. Coś, czego jeszcze nie rozumiesz, bo i on do samego końca nie zrozumiał. Wiesz jednak na pewno, że śmierć Giovanniego...
     — Nie wypowiadaj tego imienia — rozkazał stanowczo Matsu, wcinając się w środku zdania. Był o krok od odrąbania doktorowi głowy. — Nie masz prawa go używać.
     Thompson przyjrzał mu się z uwagą. Generał nie robił na nim wrażenia, a jeśli nawet robiłby jakiekolwiek, to na pewno nie pozytywne. Nie chciał jednak angażować się w agresywne "szczekanki", jak zwykł nazywać bezużyteczne obrzucanie się ulepionymi z sentymentów wyzwiskami.
     — A zatem przypuszczam, że wiesz, iż śmierć pana Boccii nastąpiła z rąk Richarda i moich. Boccia dowiedział się o rzeczach, których nie powinien był wiedzieć i nie miał zamiaru zachować tego dla siebie. Zginął, ponieważ musieliśmy zatrzeć po sobie ślady. Nie czerpię przyjemności z jego śmierci. Mieliśmy po prostu własne priorytety, z których nie mogliśmy zrezygnować — powiedział od nowa Stephen, umiejętnie unikając drażniących słów.
     — Zatarliście ślady, wywołując wojnę! — podniósł głos Matsu. — Wrobiliście Połykaczy Grzechów w morderstwo Gio, wrobiliście Gwardię w morderstwo Riddlera, zniszczyliście życie dziesiątkom tysięcy ludzi! Jak to wytłumaczysz, hm?
     Doktor pokręcił głową, gasząc papieros o blat stołu.
     — Nasza praca może ocalić życie miliardów ludzi. Nawet milion trupów nie byłby wystarczająco wysoką ceną, by zrezygnować z naszego planu. Nie chcę słyszeć idealistycznych pouczeń, Ahmed. Enigma przynajmniej działa w służbie ludzkości. Nie czerpiemy żadnych korzyści z jakichkolwiek operacji, które przeprowadzamy. Przeżycie rodzaju ludzkiego będzie naszą nagrodą — obwieścił bez cienia obłudy w głosie, bez odrobiny niepewności na twarzy.
     — O czym ty bredzisz?! — zbulwersował się Matsu. Źle znosił ludzi, którzy gadali od rzeczy. Zbyt wiele razy musiał tego wysłuchiwać, gdy stał przed obliczem rady. Nie wiedział, że rada już nigdy więcej nie zaistnieje.
     — O końcu świata, Ahmed. O apokalipsie, która zbliża się wielkimi krokami i której staramy się zaradzić od rad, podczas gdy wy, głupcy, wybijacie się nawzajem i pozwalacie sobą manipulować — odparł szorstko i pogardliwie Thompson. Arab kolejny raz zaniemówił. Nie nadążał z sortowaniem zasłyszanych informacji. — Nie widzę sensu w tłumaczeniu ci wszystkiego, co ukryli przed wami możni. Wiedz tylko, że świat ma się ku końcowi. Wszystko, co robimy, ma na celu ocalenie przynajmniej części ludzkości. Gdyby sprawa nie była tak poważna, nie musielibyśmy zabijać Boccii. Gdyby sprawa nie była tak poważna, nie odwracalibyśmy waszej uwagi wojną. Widzę w twoich oczach, że nic nie rozumiesz, więc zrozum chociaż jedną rzecz. Mówię ci to dlatego, że czas ucieka. Zapierdala wręcz. Na chwilę obecną jesteśmy skłonni przyjąć każą pomoc. Nawet twoją, Ahmed. Oczekuję tylko, że zmienisz swoją hierarchię wartości — tłumaczył doktor, ale pod koniec Kawasaki nic już nie słyszał.
     Arab zapadł się sam w siebie, duszony przeciwstawnymi intencjami, które usiłowały zawładnąć jego ciałem. Pragnienie zemsty za przyjaciela, którego kochał nad życie wypełniało jedną część jego podświadomości. Drugą władała konsternacja, dążenie do zrozumienia tego, co powiedział mu doktor, chęć zadawania pytań i tymczasowego zaakceptowania statusu quo. Trzecia, najcichsza i najmniejsza zdominowana została przez poczucie winy. Ta jedna, kuląca się w kącie cząstka reprezentowała sobą wszystkie jego zobowiązania, wszystkie przyjęte role, wszystkie poniechane obowiązki i wszystkich zawiedzionych przez niego ludzi.
     Blat zatrząsł się znienacka, rozpraszając mgłę zalegającą wokół mózgu Araba. Stephen bez skrępowania wyciągnął telefon z drugiej kieszeni spodni i odebrał połączenie. Matsu położył dłoń na drzewcu, by poczuć się pewniej.
     — Nie trzeba — powiedział do słuchawki Thompson. — Wszystko jest pod kontrolą.
     — Jeden z nich — wywnioskował z absolutną pewnością Ahmed. — Czyli mogę założyć, że wszyscy wiedzą, że tu jestem i są gotowi zapewnić wsparcie, gdybym postanowił zaatakować. Powiedział, że nie potrzebuje pomocy, więc istnieje szansa, że w razie konfrontacji zdążyłbym zająć się nim, zanim ktokolwiek się zjawi — wykalkulował, wstrzymując oddech. Nadal liczył się z faktem, że w każdej chwili sytuacja może obrócić się o 180 stopni. Że Stephen mógł bez jego wiedzy przekazać tajną wiadomość jakimś tajemnym kodem znanym tylko pomiędzy członkami Enigmy.
     — Na to liczę. Jest nieco zagubiony i zestresowany, ale widzę, że w normalnych warunkach potrafi słuchać się głosu rozsądku — zapewnił rozmówcę doktor. — Kiedy? Dobrze. Niech się lepiej pospieszy. Każda taka wycieczka prosi się o jakąś tragedię. Potrzebujemy go, cokolwiek prywatnie o nim myślimy. W porządku, na razie — zakończył minutę później, przyklejając wzrok do Kawasakiego. — Uspokoiłeś się już? — spytał.
     — Na tyle, na ile było to możliwe w takiej sytuacji — odrzekł półprawdą Matsu, powoli i bez gwałtownych ruchów podnosząc się ze stołka razem ze swoją bronią. Oddalił się jeszcze o krok. Dzieliły ich przeszło dwa metry. — Wiele z tego, co powiedziałeś, zmienia postać rzeczy... o ile mówisz prawdę. Widzę jeden główny powód, by ci zaufać i dwa, by tego nie robić.
     — Oświecisz mnie?
     — Widzę i słyszę, że macie mnie na muszce. Moglibyście po prostu mnie zabić, zamiast próbować mieszać mi w głowie, a mimo wszystko usiłujecie pertraktować. Z drugiej jednak strony zabiliście mojego najlepszego przyjaciela i nie zgadzam się z waszym pragmatyzmem. Stosujecie politykę "zwycięstwa za wszelką cenę", a tego nie potrafię zaakceptować.
     — Nie musisz — zapewnił Generała doktor. — Wystarczy mi, że nie będziesz się wtrącał w wątpliwe moralnie działania Enigmy. Tylko tyle i będziemy mogli stać po tej samej stronie barykady. Jesteś silny i wpływowy. Rozumiesz pojęcie "poświęcenia dla dobra sprawy". Potrzebujemy takich ludzi. Szczególnie teraz, jako że - jak już mówiłem - nie zostało wiele czasu.
     — Skąd pewność, że będziecie mogli mi zaufać?
     — Nie mam żadnej pewności. Liczę tylko, że weźmiesz sobie moje słowa do serca, bo nawet ty nie poświęciłbyś całej ludzkości dla swojej irracjonalnej zemsty. Mścić się możesz, kiedy wszystko się skończy. Teraz... cóż... spróbujmy nie umrzeć — zaproponował z cynicznym uśmiechem doktor, splatając dłonie pod podbródkiem, który na nich podparł.
     — Cholera, co tu się dzieje? To za wiele... — pomyślał Matsu, czując narastający ból głowy w lewej ścianie czaszki. — Gio, co powinienem zrobić? To wszystko jest tak szalone i irracjonalne. Nic nie rozumiem. Nasi rządzący, apokalipsa, Enigma i ich zabawa w mesjaszy. To jakiś chory dowcip — stwierdził w duchu, zaciskając pięść.
     — Potrzebuję więcej informacji. O wszystkim. 
     — Zgódź się na współpracę, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej — uciął od razu Stephen. — Nie chcę marnować więcej czasu, niż powinienem — wytłumaczył się zaraz, wstając znad blatu. Jego dłonie schowały się w kieszeniach fartucha laboratoryjnego. — Nie chciałem, by tak to brzmiało, ale niestety twoje opcje w tej chwili to współpraca z nami... lub śmierć. Musimy zacierać po sobie ślady, Ahmed. To nic osobistego. Nie z mojej strony.
     Arab zaśmiał się pod nosem. Z gorzkim posmakiem w ustach spojrzał w górę, na wysoko zawieszony sufit, częściowo przeszklony. Widział przez niego niebo, ale teraz kłębiły się na nim stada szarawych chmur. Chyba szykowało się na deszcz. W Morriden minęła już prawie doba od jego zniknięcia. Ta jedna myśl pociągnęła za sobą inną, bardziej przykrą i bardziej nasączoną poczuciem winy.
     — Może właśnie w tej chwili ktoś patrzy na to samo niebo, martwiąc się o mnie i o to, gdzie się podziewam? — zastanowił się Matsu. Nagle do niego dotarło, że mało było osób, które mógł otwarcie nazywać przyjaciółmi. Miewał przełożonych, współpracowników... ucznia. — Byłem beznadziejnym Mentorem — uświadomił sobie Ahmed. Nie rozumiał, dlaczego akurat w tej chwili pomyślał o swoim życiu, ale zrozumiał nagle... że wcale nie był z niego zadowolony. — Koniec świata? Nie ma czasu? "Musieliśmy"? Chrzańcie się... — zdecydował Arab ze smutnym uśmiechem na swoich ustach. 
     Thompson uniósł brwi z zaskoczeniem. Wszystko wydawało mu się być pod kontrolą... aż do teraz. Teraz bowiem Kawasaki zmienił się znienacka w żywy lont. Energia duchowa wydobyła się z całego jego ciała, przyjmując kształt płomienia świecy. Jego czubek wił się i tańczył, rozciągając się coraz wyżej i wyżej. Aura mężczyzny była... spokojna. Zaskakująco opanowana, gładka i naturalna, jak u prawdziwego mistrza.
     — Zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie robisz? — spytał surowo Stephen. W odpowiedzi otrzymał zmęczone, mgliste spojrzenie i gorzki uśmiech osoby, którą niewiele już w życiu obchodzi. Wolna dłoń Matsu złapała od góry brzeg jego czarnej koszuli. W następnej chwili dało się słyszeć krzyk rozrywanego materiału. Guziki pospadały w stronę ziemi, ale strumień mocy duchowej najpierw je spowolnił, a potem zaczął stopniowo unosić. Korpus Araba oplatały ciasno dziesiątki skórzanych pasów z szlufkami, w które wciśnięto przeszło setkę małych, czarnych nożyków, przypominających nieco karciany kolor pik.
     — Wybacz — odparł Ahmed — jestem tylko człowiekiem.
     — Już nie wrócę — pojął zaraz... i było mu z tym dziwnie lekko na sercu.


***

     — Proszę pa... ach, panie Gubernatorze! — zdziwiła się wychudzona pielęgniarka o podkrążonych oczach. Kobiecina ledwo trzymała się na nogach, gdy wpadła w korytarzu na mężczyznę o białych włosach. Z jej przepracowanych dłoni wypadła korkowa tabliczka z przypiętymi do niej kartkami - listą pacjentów. Kobieta musiała właśnie robić obchód. Nim zdążyła się schylić, Bachir zrobił to za nią.
     — Proszę bardzo — powiedział Mulat, wręczając jej listę z dobrotliwym uśmiechem. — Nie czuję się żadnym "panem". Może mi pani mówić po imieniu, jeśli tak pani wygodnie — dodał zaraz, ale pielęgniarka nie przetworzyła jeszcze tego, co się stało, więc tylko poklepał ją ostrożnie po ramieniu i wyminął z prawej strony. Mimo wszystko trochę się spieszył. Na chwilę obecną rozwożenie zapasów mogło poczekać, ale chciał jak najszybciej zobaczyć ich oboje.
     Popchnął lekko otwarte drzwi po prawej stronie, obrócił się bokiem, by nie zahaczyć o wychodzącego z pokoju lekarza, mimochodem skinął do niego głową na powitanie i wszedł do środka. Do pomieszczenia wpadał przedporanny wicherek, pomiatający białymi zasłonami, jak trzymającymi się na krawędzi urwiska nieszczęśnikami. Cztery osoby stały lub siedziały w pobliżu łóżka szpitalnego, nad którym upiorny elektrokardiogram "wypikiwał" swój ociężały rytm. 
     Lilith leżała w bezruchu pod pierzyną. Bandaże, gaza i kto wie, co pod nimi, owijały się wokół głowy kobiety, zakrywając jej oczy. Doświadczenie i wyobraźnia podpowiadały Bachirowi tyko jedną przyczynę takiego stanu rzeczy. Jedna ręka ledwie żywej Vice-generał pozostawała na zewnątrz, by nie naruszać wbitego w żyłę wenflonu. Była policjantka wyglądała teraz tak spokojnie, jakby już dawno przyszła po nią śmierć.
     — Tato! — krzyknął Legato, zapomniawszy się. Chłopiec szybko zeskoczył z krzesła, by dopaść do ojca i objąć go mocno. Bachir również ścisnął go jednym ramieniem i sprawnie uniósł do góry. Wolną ręką przystawił palec wskazujący do ust, wymownie przypominając synowi, gdzie był. Cieszył się jednak. Bardzo się cieszył, że nic mu się nie stało.
     — Nic wam się nie stało? — zapytał zasadniczo oboje, bo Lisa podeszła właśnie do swoich mężczyzn, by otoczyć ramieniem w talii i ucałować tego większego. Kątem oka - w trakcie odwzajemniania pocałunku - Bachir dojrzał bezsłowną irytację na twarzy opartego o ścianę Naizo.
     — Z nami wszystko w porządku. Ani zadrapania — uspokoiła narzeczonego kobieta. Udawała, że poszło, jak z płatka i nie było powodu, by w ogóle się martwić, ale zmęczenie i ulga emanowały z niej tak mocno, że nietrudno było dojrzeć prawdę.
     — Wiedziałem, że dasz radę... — powiedział Gubernator tonem wskazującym na to, że miał tam dorzucić jeszcze jakieś słowo. W istocie planował, ale miało to być jedno z tych słów, które trudno mu było wywlec z gardła, jak "najdroższa" lub "kochanie". Czuł się swobodniej, gdy mógł okazywać swoje uczucia drobnymi gestami lub czynami. Słowa były za trudne. Przynajmniej na razie. Przynajmniej teraz.
     Bachir postawił swojego syna, by przywitać się z pozostałymi. Senshoku skinął tylko głową, dodatkowo plącząc ręce na klatce piersiowej, by nikt nie pomyślał o podawaniu mu ręki. Naczelnik Zhang z kolei pierwszy wyciągnął swoją. Przywódcy spojrzeli sobie w oczy z wyrazem obopólnego szacunku, kończąc jednocześnie wszelkie formalności. 
     — Jak poważny jest jej stan? Wyliże się z tego? — zapytał Chińczyka, a ten zmarszczył brwi, wymownie zwracając swój wzrok ku rannej kobiecie.
     — Straciła oboje oczu. Odłamki szkła wbiły się w tyle miejsc i na taką głębokość, że nie dało się ich uratować. Na chwilę obecną nie ma żadnych zamienników. Nie ma w Miracle City kogoś, kto byłby w stanie przeprowadzić zabieg przeszczepu oczu odkąd Miyamoto nie żyje. Trzeba będzie sprowadzić speca spoza stolicy. Poza tym zmiażdżono jej krtań, przebito lewy bok, połamano kilka kości... i odcięto lub oderwano lewą nogę. Zamówiłem już dla niej protezę. Tymczasową na razie. Jeśli nie będzie zadowolona, zamówię inną. Na moją kieszeń, rzecz jasna — wyliczył wszystkie poważniejsze obrażenia Zhang. — W tym momencie jednak nie, jej życiu nic nie zagraża, ale przez parę dni może się nie obudzić — podsumował jeszcze, wciąż wpatrując się w podwładną. Można było wyczuć, że częściowo obwiniał się za stan, w jakim się znalazła, a jednocześnie był dumny z dokonań kobiety. Szczęśliwie Bachir nie wyczuł żadnych pretensji z jego strony wobec siebie i swojej rodziny. Cenił sobie pozytywne relacje z Tao.
     — To po części nasza wina — odezwała się nagle Lisa, zaciskając jedną dłoń na przegubie drugiej. — Wszystko poza obecnością Lilith było częścią planu — wyjaśniła głównie Zhangowi, ale rzuciła kątem oka to na Bachira, to na Naizo. — Jeśli wszystko miało się powieść, nie mogłam tak po prostu wyjść z ukrycia i jej pomóc, więc czekałam na odpowiedni moment. Na szczęście Legato stworzył mi okazję do zainterweniowania. Gdyby nie on, Lilith mogłaby nie przeżyć — przyznała szczerze i z pokorą. Słabo znała kobietę, ale szanowała ludzkie życie.
     Młodzieniec rozpromienił się na dźwięk tych słów. Starał się ukryć budzący się na jego twarzy uśmiech, ale odruch okazał się na to zbyt silny. Chińczyk w odpowiedzi na to wszystko wpierw przyklęknął przed małym Mulatem, wyciągając ku niemu dłoń.
     — Bardzo ci dziękuję, Legato — powiedział po części, by go dowartościować, lecz w zupełności wierzył w słowa jego matki. Chłopiec potrząsnął jego ręką, nie kryjąc dumy. Nawet Bachir nie był w stanie jej ukryć. Jakkolwiek paskudne nie wydawało mu się wplątywanie dziecka w coś takiego, ufał Lisie i wiedział, że nie pozwoli, by chłopcu spadł z głowy choćby jeden włos. Poza tym mieli sygnał. Dwa sygnały, gwoli ścisłości - jeden z Lisą, drugi z Legato.
     — Widzę, że w jakimś stopniu starasz się wytłumaczyć — zwrócił się Chińczyk do kobiety, gdy już się podniósł — ale nie jest to konieczne. Nie mam prawa mieć wam tego za złe, skoro sam nie byłem w stanie nic zrobić w sprawie Wampirzycy. Liczyłem się możliwymi stratami. Jeśli ktokolwiek ponosi tutaj winę, to tym kimś jestem ja, jako że powierzyłem śledztwo Lilith oraz Naizo, a to ten drugi wtajemniczył we wszystko Bachira.
     — Chcę wam przypomnieć o jednej ważnej rzeczy — wtrącił się Senshoku. — Mimo wszelkich naszych starań, Wampirzyca została pokonana, lecz nie pojmana. Nie wiemy nawet, czy została zabita, bo żaden jełop nie odnalazł w porę jej ciała.
     — Jakie są szanse, że zdążyło się rozpaść? — spytał Bachir.
     — Absolutnie żadnych. Nie widziałeś jej, ale była nieprawdopodobnie potężna. Robiła rzeczy, których... nigdy wcześniej nie widziałam i nie jestem nawet pewna, czy je rozumiem — odparła Lisa, przypominając sobie walkę o zachodzie słońca i swoisty "syfon" energetyczny, który wykorzystała Wampirzyca. I swoje własne dziecko, które zrobiło coś bardzo podobnego.
     — Musimy porozmawiać o czymś ważnym, gdy wrócisz do domu — zwróciła się telepatycznie do Bachira, nie dając żadnych zewnętrznych znaków, że w ogóle używa kontroli umysłu. To on ją tego nauczył, ale zdawało się, że już wkrótce może przerosnąć mistrza. Mistrz co prawda nie odpowiedział, ale kobieta wiedziała, że odebrał wiadomość. Był świetny w ukrywaniu zaskoczenia. Kamienną twarz opanował do perfekcji.
      — W takim razie Wampirzyca uciekła. Istnieje szansa, że zniknęła z miasta? — zapytał Bachir jednocześnie Lisę i Naizo.
     — Jakaś na pewno... ale raczej niewielka. Nie było was tam, ale jej umysł wydaje się funkcjonować na zupełnie innych zasadach, niż u normalnej osoby — odparła kobieta.
    — Normalna osoba raczej nie zabija sobie kogo popadnie, bo sprawia jej to satysfakcję — burknął pod nosem Naizo, by już po chwili poczuć na sobie wymowne spojrzenia zebranych. — Ani słowa
— zakomenderował. 
     — Pozwolicie, że podsumuję wszystko tak, jak ja to widzę. Wampirzyca ukrywa się gdzieś w mieście lub w jego pobliżu, lecząc rany. Najprawdopodobniej zaatakuje ponownie, gdy poczuje się pewniej i wbrew wszystkiemu ma zamiar kontynuować działanie w stolicy. Znamy jakąś część jej umiejętności i możemy przyjąć, że logika zdrowego psychicznie człowieka na nic się nie zda przeciwko niej. To wszystko? — zabrał głos Naczelnik Zhang, wykonując palcem wskazującym gesty, jakby zapisywał to wszystko w eterze.
     — Tak sądzę. Lisa? — zwrócił się do kobiety Bachir.
     — Mogę złożyć zeznania i opisać ze szczegółami całe zajście. Pisemnie, jeśli będzie to potrzebne. Ponad to, nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
     — Rozprowadźcie informacje na jej temat po całym mieście, gdy już skończycie — zaproponował Senshoku, odklejając plecy od ściany. — Niech wszyscy wiedzą, czego się spodziewać. Może wywołacie tym falę paniki i paranoi, ale przynajmniej zmniejszycie szansę na to, że ktoś nabierze się na jakiś jej fortel. Mam rację? — skierował słowa do Bachira.
     — Masz. Ten kraj zdecydowanie za długo ukrywał wszystko przed swoimi obywatelami. Troska o "wspólne dobro", poprawność polityczna i tajne interesy oportunistycznych drani to już przeszłość. Nie obywatele są dla nas, lecz my dla obywateli — zgodził się Mulat. Naizo uśmiechnął się półgębkiem. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego lub raczej nie spodziewałby się tego jeszcze parę tygodni temu.
     — Za parę lat będą oprawiać twoje cytaty w ramkę — rzucił, przechodząc obok dawnego szefa i kładąc mu przelotnie rękę na barku. Ruszył w stronę drzwi. — Fakt, że wyznaczono mnie do prowadzenia śledztwa się nie zmienił. Zadeklarowałem się, że dorwę Wampirzycę w osiem dni, które jeszcze nie minęły. Lisa, zajrzę do was wieczorem, żeby się upewnić, że mamy te same informacje — powiedział na odchodne i odszedł, zanim ktokolwiek zdołał mu odpowiedzieć. Zdecydowanie spochmurniał, gdy znalazł się już na korytarzu. 
     Cała sytuacja z zeszłego wieczora godziła w jego dumę. Czuł się teraz, jak idiota po swojej deklaracji sprzed paru dni. Najlepszy plan i największa szansa na pochwycenie morderczyni spełzły na niczym. Zwycięstwo w boju nic dla niego nie znaczyło. Nie teraz. Nie w tym wypadku. Potrzebował absolutnej dominacji, jeśli miał spełnić swoje własne oczekiwania wobec siebie.
     — Pora wziąć sprawę w swoje ręce. Pokonam ją, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię. To moja gra i moje zasady. 

***

     — Naprawdę tu jesteś... — odezwał się Naito, stojąc za plecami siedzącego na ławce mężczyzny. Kurokawa Yuichi kruszył i rzucał do stawu ostatnie kawałki chleba. Kaczki podpływały do jałmużny i pożerały ją łapczywie, gulgocząc przy tym straszliwie. Ojciec położył łokieć na oparciu i obrócił głowę za siebie. Jego syn spoglądał na niego z góry, emanując chłodem i niechęcią, ale jednocześnie nie potrafiąc ukryć tych wszystkich pytań, która niemal wypełzały mu z gardła. Lekko zarośnięty Yuichi uśmiechnął się pod nosem.
     — Mógłbym powiedzieć to samo — rzekł, bez wstawania przeskakując ponad ławką przy użyciu jednej ręki. — Wiedziałem jednak, że pojawisz się choćby z ciekawości.
     — Niby skąd?
     — Intuicja. Nie jesteś tak nieprzewidywalny, jak ci się wydaje. Poza tym, ciekawski byłeś już od maleńkości — przypomniał Yuichi. Na Naito nie zrobiło to wrażenia. Chłopak poczuł, jakby ojciec usiłował mu pokazać, że nie jest taki zły, bo "przecież pamięta, jaki był jako szkrab". 
     — Od tego czasu zmieniło się więcej, niż mógłbyś przypuszczać — oznajmił chłodno, chcąc ugodzić, jednak Yuichi nie wydawał się tym poruszony. Nastolatek zganił się za to w duchu, ale była jakaś mikroskopijna cząstka jego duszy, która domagała się takiego poruszenia.
     — Już nie jest moim ojcem — przypomniał sam sobie. — Sam o tym zdecydował, gdy uciekł. Muszę się opanować. Nieważne, czy łączy mnie z nim krew. To nie ma nic wspólnego z moim celem.
     — Cóż... być może przypuszczam więcej, niż tobie się wydaje — odparł zagadkowo Yuichi, ale machnął ręką, gdy jego syn uniósł brwi. — To w tej chwili nieważne. Możemy porozmawiać po drodze. Bo rozumiem, że jesteś gotów do drogi? — Spojrzał na chłopaka pytająco, biorąc się pod bok jedną ręką.
     — Dokąd? — spytał nieufnie Naito, instynktownie cofając się o krok. Rozluźnił nawet ramiona i wytężył wzrok, jakby zaraz miał go ktoś zaatakować. — Nic mi o tym nie mówiłeś ostatnim razem.
    — Nic ci nie mówiłem o wielu różnych rzeczach. Przypominam, że nie miałem zbyt wiele czasu, a część musiałem poświęcić na spacyfikowanie Amazonek — wytłumaczył się po swojemu Yuichi, ale w najmniejszym nawet stopniu nie budził u syna zaufania. Westchnął ciężko, obawiając się kolejnej ciężkiej przeprawy. Nie miał cierpliwości do paranoików i upartych, ograniczonych matołów.
     — Okej, posłuchaj — zaczął jeszcze raz, tym razem całkiem na spokojnie, zresetowany westchnięciem. — Chcę żebyś poznał kilka osób. Żebyś zobaczył od podstaw, co próbujemy zrobić. Gdzieś z dala od Morrideńczyków. Gwarantuję ci, że poznasz odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Opowiem ci o Enigmie, o Baśniopisarzu, nawet o Alice — zaoferował Yuichi. Nie umknął jego uwadze fakt, że to ostatni argument wywołał spore ożywienie u jego syna. Przemilczał to, ale zmarszczył czoło z politowaniem.
     Serce Naito zadudniło na dźwięk jej imienia. Starał się opanować zmieniającą się chaotycznie mimikę swej twarzy, ale nie był w stanie ukryć zaaferowania, ciekawości, troski, a również - co najgorsze - nadziei. Wszystko to wypłynęło mu spod skóry, osiadło na licu i zastygło jako wielobarwna maska. Przełknął ślinę. Przejął ponownie kontrolę nad drżącymi rękami. 
     — Nie czas na to. Opanuj się. Nie teraz... — pouczył siebie.
     — Dokąd? — ponowił swoje pytanie z głosem szorstkim, jak papier ścierny.
     — Dubaj. 
     — Kogo miałbym spotkać w Dubaju? 
     — Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Nie masz już nic do stracenia, Naito. Obaj to wiemy. Poza tym wszystko, o czym myślisz i co robisz kręci się wokół Alice. Nawet jeżeli nie wierzysz, że mogę ci pomóc, sam nie masz lepszego pomysłu. Trafiłeś prosto w ślepy zaułek po tym, czego dowiedziałeś się pod ziemią. Potrzebujesz kogoś, kto poukłada ci w głowie wszystko, czego się w ostatnim czasie dowiedziałeś. Masz kogoś takiego przed oczami. Zapytaj sam siebie: "Czy mam prawo zrezygnować z takiej szansy?".
     Ojciec manipulował chłopakiem. Naito to wiedział. Doskonale to rozumiał nawet bez używania swoich oczu. Nawet bez opinii Shuuna. Powinien był po prostu odejść. Rzucić ojca tam, gdzie jego miejsce - między zapomniane, pożółkłe karty swojej historii. Nie mógł. Nie potrafił. Zwyczajnie nie był do tego zdolny, niezależnie od tego, jak bardzo starał się przemóc i odwrócić na pięcie. Wystarczyło jedno słowo, jedno imię. Jego dedykowane, niepowstrzymane zaklęcie, które wyłączało wszystkie podsystemy.
     — Powinniśmy pójść, Naito — dorzucił nagle Shuun i wszystko stało się jasne. — Jest szczery w tym, co mówi. Zataja pewne rzeczy, ale nie okłamał cię ani razu. Ani teraz, ani poprzednio.
     — Pójdę — zdecydował chłopak. Yuichi skinął głową z aprobatą i wyciągnął do syna rękę. Uniósł brwi, zaglądając mu głęboko w oczy. Bez słów dał mu do zrozumienia, że fizyczny kontakt będzie jednak konieczny. Młody Kurokawa odrzucił niechęć na bok, gdy chwytał ojcowską dłoń. Ich spojrzenia zderzyły się, ale Naito nie widział w mężczyźnie nic, co byłby w stanie rozpoznać.
     Kilka sekund później Yuichi wciągnął ich obu do Strumienia.


***

     Przestwór jej małego oceanu rozpościerał się aż po horyzont. Tak mała i ogromna zarazem czuła się wobec jaskrawej toni, jako że z nikim i niczym nie mogła się w niej porównać. Nie było myśli, ni mowy, ni planów, ni ruchu, ale patrzyła pomimo to - ciekawskimi oczami, oczami dziecka, oczami pełnymi miłości do świata. Kochała ten czas. Na swój sposób i pewnie głównie dlatego, że mózg jej nie produkował jeszcze myśli. Nie czuła się zatem znużona ani zniewolona, nie rozrywało ją od środka zniecierpliwienie. Nie rozumiała idei bycia żywą.
     Nie umiała sobie przypomnieć, co jadała i co piła. Czy jadła i czy piła. Nic poza obrazami i uczuciami nie pozostało w jej głowie z tamtych czasów. Pływała i dryfowała przez... godziny? Dni? Tygodnie? Miesiące? Nie było pojęcia czasu. Nie dla niej. Nie wtedy. Była jednak granica. Horyzont, który zamykał jej mały ocean ze wszystkich stron. Który ją chronił lub więził, który stanowił mentalne tabu dla jej osoby.
     Za horyzontem czasami majaczyły figury. Majestatyczne, niby rozpostarte skrzydła wielkiego orła, sunącego przez bezkres nieba. Czasami widziała ich powolne, pełne gracji ruchy. Czasami widziała dłonie, które mogłyby ją zmiażdżyć dziesiątą swoją częścią. Czasami czuła, jak próbują pokonać granicę. Jak postukują paznokciami w barierę między światami, wywołując sztormy na jej małym oceanie. Niekiedy w przesiąkniętej metafizyczną tajemnicą przestrzeni otwierało się czyjeś oko lub nawet oboje oczu. Zdawałoby się, że figury usiłują znaleźć sposób na wyciągnięcie jej na zewnątrz, ale nie potrafiły się przedostać.
     Jej świat umarł. Pewnego dnia, nieoczekiwanie, gdy się popsuła. Gdy nagle zniknęło nasycenie, zniknęły dźwięki, zniknął tlen. Gdy wody jej małego oceanu wzburzyły się, a potem zatrzymały raz na zawsze, a horyzont załamał się, niczym strudzony pielgrzym, którego ciało nie wytrzymało setek mil podróży. Widziała przed oczami figury, ogromnymi dłońmi unoszące ją w powietrze, już w innym świecie - tym niezmierzonym i enigmatycznym. Z każdym pokonanym milimetrem przygasał jej wzrok. W oceanie była pełna gracji, była lekka i wolna. Poza nim jej ciało wiotczało, a kończyny podrygiwały niespokojnie.
     Ostatnią rzeczą, którą zapamiętała był widok jej maleńkiego, nic nie znaczącego świata w zacierającej się dali. Świata, z którego brutalnie rozerwanego horyzontu wylewał się ocean. Dwa symbole umieszczono na niewidzialnej ścianie - 9 i 7.


***

     Świadomość powróciła do ciała Wampirzycy nagle, jak zestrzelona z nieba kaczka, przepychająca się pośród gałęzi drzew, łapczywie wyciągniętych ku górze, niby żebracze dłonie. Kobieta nie otworzyła powiek, nie poruszyła się w żaden sposób, choćby nawet o milimetr. Odczekała kilka sekund, aż była w stanie zebrać do kupy poszarpane kawałki wspomnień. Czuła, jak otaczająca ją energia duchowa podryguje i widziała oczami swojego umysłu obraz smaganego biczem deszczu pola siłowego.
     Nawet bez przytomności utrzymała swój boski teatr w całości. Pod jej plecami, pod całym ciałem rozciągał się puch. Miękkość ptasich piór, gąbczasta sprężystość, zapach... powietrza i potu. Tego drugiego w znikomej, śladowej ilości, ale blondynka wyczuła go bez trudu. Pot był męski, łóżko zbyt wygodne, by znajdowało się w celi lub szpitalu.
     — Udało się — zrozumiała kobieta. Zacisnęła palce w przyszytej nićmi ręce. Zareagowały na impuls nerwowy bez żadnego opóźnienia. Nie czuła też odrętwienia. Otworzyła powieki. Światło spadło na powierzchnię jej źrenic, ale nawet się nie wzdrygnęła. Przyzwyczaiła się w mniej, niż dwie sekundy. Powiodła wzrokiem za cieniem męskiej ręki, szybującym nad jej twarzą i umieszczającym mokry ręcznik na czole. Popatrzył z zastanowieniem na swoje dzieło, po kilku sekundach dumania podnosząc jedną stronę materiału i odciągając kosmyki włosów spod spodu. Wtedy dopiero zabrał rękę i poruszył się znacząco na drewnianym stołku.
     Ich spojrzenia spotkały się, choć może raczej "splątały" było w tym przypadku lepszym określeniem. Jean rozchylił usta, z których jednak wypchnął siłą woli tylko powietrze. Nie zdążył nic powiedzieć... bo nagle utonął w jej oczach. W jej czer... błękitnych oczach - dokładnie takich samych, jak jego własne. Coś "zaskoczyło". Poczuł, jak ciemne, mgliste źródło nieskończonej mocy narodziło się w jego piersi i - niczym czarna dziura - ściągnęło jego członki do wewnątrz. To było coś, czego nie umiałby wyjaśnić bez poezji. Jakby Zeus raził go swoim piorunem. I Chronos zasnął...
     Wykręciła wargi w pełnym satysfakcji uśmiechu; takim, jaki rozkłada się na twarzach ludzi usiłujących powstrzymać śmiech. Patrzyła bowiem na swojego wybawcę i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że widzi przed sobą naturszczyka. Nader utalentowanego, żonglującego wręcz starogreckimi maskami z zakurzonych już i zadeptanych przez Chronosa amfiteatrów. Takiego, który to nie wie nawet, że dźwięk pod jego stopami to dźwięk sceny. Że stał się właśnie częścią sztuki, płynnego złota artyzmu. Jej artyzmu. 
     Teatr zamknął się za plecami Francuza, zamykając go w środku bez zamiaru wypuszczenia go przed końcem wszechrzeczy. Mężczyzna zamrugał zauważalnie, jakby strząsał z rzęs resztki dawno zapomnianego już snu. Wybuchła pod jego czaszką świadomość i ta oto świadomość przywołała czerwony rumieniec wstydu na pobladłe poliki. Jakże mógł o niej zapomnieć? Jakże śmiał? Przecież obiecał, że nie zapomni jej nigdy. Tamtego dnia, 13go stycznia, u stóp Wieży Eiffela. Czy do reszty rozłupał swój mózg? Zastanawiał się nad tym i zastanawiałby się znacznie dłużej, tkwiąc zawieszony między klatkami filmu, gdyby jego... gdyby nie przejęła inicjatywy.
     — Jean? To naprawdę ty? Nie wierzę... (Słyszysz dokładnie to, co powinieneś słyszeć, prawda?)
— Poddała go testowi. Musiała się upewnić, czy teatr zadziałał tak, jak należy. Gdyby coś poszło nie tak, zwaliłaby to na częściowe osłabienie po walce i utracie przytomności...
     — Cammie? Camilla? Ja... ja naprawdę nie wiem. Przepraszam, wcale cię nie poznałem aż do teraz. Strasznie się zmieniłaś. To znaczy na lepsze, ma się rozumieć! — ...ale łyknął przynętę tak ochoczo, że ucałował kołowrotek. Z wyrazem triumfu w zmrużonych oczach, "Camilla" bez słowa rzuciła się Generałowi na szyję, przywołując miriady wspomnień, o których do niedawna magicznie zapomniał. 
     — Akt drugi czas zacząć... — pomyślała Wampirzyca, w myślach domykając swój pierwszy stasimon. 

Koniec rozdziału 258
Następnym razem: Katarakty —